środa, 27 października 2021

Odwaga bycia płaczką

Czasem myślę, że wrażliwość to rak na mojej osobowości. Na co dzień staram się wykazywać siłą i dystansem, ale bywają momenty, kiedy wracam do domu i zwyczajnie muszę popłakać. Powodów jest więcej niż komukolwiek mogłoby się wydawać – w pewnym momencie zaczyna cię dołować nawet kończący się krem pod oczy. Moim najbardziej spektakularnym wybuchem płaczu jest (jak dotąd) ten z powodu problemu z zakupem odpowiedniej formy do pieczenia pasztetu. 

Kiedy kilka miesięcy temu napisałam o tym, że zmagam się z nawracającymi epizodami depresji, czułam co najmniej dyskomfort. Bałam się oceny i piętna osoby, która sobie nie radzi. Wiem dobrze, jak takie wyznania rzutują na relacje z ludźmi czy sytuację w pracy. Muszę jednak przyznać, że ten rodzaj obnażenia był dla mnie bardzo oczyszczający. W pewnym momencie dochodzi się do ściany, bo ciągłe chowanie się i udawanie supersiłaczki zaczyna frustrować i męczyć nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Czarę goryczy można opróżnić, nie dopuszczając, by się przelała i zasyfiła wszystko wokół.

Po opublikowaniu tekstu odezwało się do mnie wiele osób. Część po to, by okazać wsparcie – tutaj musiałam popłakać, bo wszystkie przejawy bezinteresownej dobroci poruszają mnie do głębi. Była też pewna liczba osób, które napisały do mnie, żeby przybić wirtualną piątkę, bo czują to samo i też często ukrywają się pod kołderką pozorów. W pierwszym odruchu poczułam radość, że nie tylko ja, ale później zrobiło mi się bardzo przykro, że inni też. Dodam tylko, że tutaj też się musiałam (kurwa) popłakać, bo również wszelkie przejawy bezsensownego ludzkiego cierpienia poruszają mnie do głębi.

Przez całe moje życie nie widziałam, jak moja mama płacze. Jako osoba z wieloma trudnymi doświadczeniami, w moim odczuciu, miała pełne prawo do płaczu; ja natomiast, jako osoba wiodąca całkiem stabilne życie, takiego prawa nie miałam. Zanim dotarło do mnie, że istnieje wiele sposobów na przeżywanie własnej wrażliwości i nikt nie ma wyłączności na płacz, minęło sporo czasu. Nadal uczę się nie odczuwać wstydu przed sobą, kiedy mi się zdarza popłakać. Wiem, że nie trzeba płakać, by być wrażliwym i dobrym człowiekiem, jakim jest moja mama. 

Płacz, w moim przypadku, jest katalizatorem, który przyspiesza oczyszenie się z nadmiaru emocji. Bardzo pomaga mi też otwarcie się na wsparcie innych ludzi czy dawanie wsparcia. Płacz stał się moim sposobem na radzenie sobie z napięciami. Staram się jednak pamiętać przy tym, by wstrzymywać egzaltację i robić to raczej w odpowiednich warunkach. Analogicznie: niektórzy mogą uwalniać się od napięć dzięki onanizmowi, a też niekoniecznie dobrze jest, kiedy robią to w obecności innych osób.

Myślę, że warto jest dawać sobie (i innym) prawo do wrażliwości. Nawet wtedy, kiedy znajdzie się ktoś, kto uzna to za słabość. W gruncie rzeczy prawdziwą siłą jest szczerość i odwaga bycia płaczką lub płaczkiem. Trzymam więc za siebie kciuki i wierzę, że przyjdzie dzień, kiedy będę sobie mogła popłakać bez wstydu. 

PS Mój partner prosił, żebym napisała coś o tym, że jest super. Umieszczam zatem informację potwierdzającą jego superowość. 


niedziela, 4 lipca 2021

Musimy porozmawiać o depresji

 

Przypomnij sobie najgorszy dzień swojego życia. Pomyśl o wszystkich emocjach, które Ci wtedy towarzyszyły. Poczucie bezsilności, dojmujący smutek, żal, oderwanie od rzeczywistości i Ty pośrodku tego chaosu. Pomyśl o tym smutku, który przelewa się przez Twoje ciało i nie może znaleźć ujścia, więc rozpierdala Cię na milion małych kawałków.

A teraz wyobraź sobie, że ten dzień powtarza się codziennie; że każdego kolejnego dnia czujesz dokładnie te same emocje. Z tą różnicą, że nie masz ku temu najmniejszego powodu. Masz przecież udane życie, kochającą osobę obok, stabilną pracę, wsparcie rodziny i dobrych ludzi wokół. Nie stało się nic, co mogłoby Cię rozbić. Nie jesteś sam, nigdy nie byłeś sam. Otaczają Cię ludzie, w tle słychać gwarne rozmowy i śmiechy. Jest wesoło i barwnie.

Ale cała ta radość jest jakby poza Tobą. Jest Ci wstyd za emocje, które w sobie nosisz, bo nie widzisz dla nich uzasadnienia. Możesz silić się na uśmiech, ale przez świat chodzisz z dziurą, przez którą wieje pustka i mrok. Wychodzisz do ludzi, bo przecież tak trzeba i tego właśnie potrzebujesz. Wszyscy wokół mówią, że to pomoże; że się wyluzujesz i wrócisz na właściwe tory.

Ale Twój uśmiech nie jest szczery i powoduje ból. To bardziej grymas, na który silisz się, żeby udowodnić innym, że wszystko jest w porządku. Gdy wracasz do domu i jesteś sam, Twoje ciało się rozpada. Spięte mięśnie zaczynają boleć tak, że każdy ruch sprawia dyskomfort; a migreny nie pozwalają spać. Jesteś chodzącym bólem. Wszystko to, co dzieje się w Twojej głowie, nabiera fizycznych cech. Masz wrażenie, że tak może przebiegać umieranie.

Ale żartujesz z depresji i braku chęci do życia, żeby nikt nie ośmielił się pomyśleć, że tak wygląda Twoje życie. W międzyczasie zawalasz studia, pracę i wszystkie zobowiązania, których podjąłeś się, żeby jakoś przetrwać – tylko dlatego, że coraz częściej nie jesteś w stanie podnieść się z łóżka. Twoje zmęczone ciało waży tonę. Możesz nie spać całą noc lub spać byle jakim snem, ale w końcu nad ranem zawsze tkwisz nieruchomo ze wzrokiem wbitym w sufit, nie siląc się na najdrobniejszy nawet ruch. Boisz się, że nawet głębszy oddech jest w stanie sprawić, że Twoje ciało się rozpadnie.

Ale wstajesz i próbujesz jakoś przetrwać kolejny dzień. Na wszelki wypadek zaczynasz unikać bliższych relacji, bo nie umiesz się otworzyć i zwyczajnie poprosić o pomoc. Odpychasz wszystkich tych, którzy przynajmniej domyślają się, że możesz mieć problem. Ludzie mają Cię dość, bo jesteś niszczycielem dobrej zabawy. Masz wrażenie, że teraz wszyscy chcą, żebyś zniknął.

Od ponad roku nie napisałam nic – zdarzało mi się podejmować próby, ale wszystkie lądowały w koszu. Każda moja myśl wydawała się niegodną spisania, bezsensowną i głupią. Od prawie dwóch lat walczę, żeby spokojnie przeżyć każdy dzień, choć coraz więcej jest ranków, kiedy budzę się z uśmiechem. Pięć lat temu nie byłabym w stanie wyobrazić sobie, że można się tak czuć. Prędzej nazwałabym tę niemoc lenistwem niż chorobą. Wstydzę się tego i każdego dnia przepraszam siebie za te myśli.

Mam wszystko, czego mogłabym potrzebować do szczęścia, ale z niczego nie umiem się szczerze cieszyć. Czasem budzę się w nocy z płaczem, dla którego nie umiem znaleźć uzasadnienia. Czasem tylko leżę i nie jestem w stanie nabrać powietrza w płuca, jakbym miała się zaraz udusić. Uczucie, które nigdy mnie wtedy nie opuszcza, to ogromny wstyd i poczucie winy, że nie umiem być jak inni ludzie. To napędza smutek i poczucie pustki, które uderzają z takim natężeniem, że ledwie się poruszam.

Nie mam powodów, by tak się czuć. Mam mamę, którą kocham nad życie i na którą zawsze mogę liczyć, mam partnera, z którym jestem szczęśliwa i przyjaciół, którzy zawsze są w stanie wyciągnąć rękę na pomoc - nawet jeśli jest ich coraz mniej. Z czasem uczę się doceniać tych, którzy nie dali się odtrącić i zostali ze mną. Staram się powoli organizować swoje życie od nowa. Szukam sobie zajęć i napinam grafik do granic możliwości.

Nie lubię wolnego czasu, bo wtedy zwykle za dużo myślę, a moje myśli są gęste jak powietrze przed burzą. Zapisuję sobie zadania do zrobienia, bo chaos w głowie powoduje, że o wielu rzeczach zapominam. Obracam to w żart, ale czasem drażni mnie poczucie własnej ułomności. Nie lubię być słaba. Nikt przecież nie lubi.

Jakiś czas temu jeden z członków mojej rodziny nazwał depresję fanaberią. Przemilczałam to, bo ten temat nigdy wcześniej nie dotyczył mnie w żadnym stopniu, a ja nie czułam w sobie potrzeby zaprzeczenia tego słowom. Wysłanie kogoś do psychiatry lub wezwanie go do "leczenia się na głowę" to zawsze były obelgi, nigdy próby zachęcenia kogoś do poszukiwania pomocy. Zaburzenia psychiczne odbierane są jako ułomności. Każda osoba, którą negatywnie postrzegamy, w naszej opinii wymaga leczenia psychiatrycznego – jest przecież świrem.

Wiem, że wśród osób, które to przeczytają, przynajmniej połowa nie potraktuje tego tekstu poważnie. Część nazwie mnie wariatką, może nawet głupią i niezrównoważoną osobą. Ale mam nadzieję, że być może jakimś cudem dotrę do tej jednej osoby, która to przeczyta i postanowi poprosić o pomoc. Może gdzieś po drugiej stronie jest ktoś, kto zacznie uważniej patrzeć na ludzi wokół siebie. Może nic tym nie osiągnę, a może spadnie ma mnie fala hejtu (trochę przesadzam z tą falą, bo czyta mnie około dziesięciu osób), a może wszyscy to oleją, bo ludzie mają gorsze problemy.

Choć tak naprawdę robię to tylko dla siebie. Chcę oczyścić głowę i pozbyć się wstydu, który noszę w sobie. Nie umiem mówić, ale nie najgorzej piszę, dlatego postanowiłam, że zrobię to brutalnie i z przytupem, obnażając całe to smutne gówno, które we mnie siedzi. Oto ja, jedna z 1,5 miliona Polaków, którzy zmagają się z epizodami depresyjnymi.


Nadal nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy warto żyć, ale myślę, że warto przynajmniej spróbować.

piątek, 20 marca 2020

Jeśli nie zabije nas wirus, zrobi to nienawiść


Jestem dziewczyną z małego miasta i niewiele wiem o świecie. Z mojego niedużego miasta byłam dumna jeszcze przez kilka lat, zanim na znakach drogowych pojawiły się tabliczki informujące o tym, że miejsce, w którym spędziłam piętnaście lat swojego życia, jest strefą wolną od LGBT. To zasiało we mnie ziarno niepewności. Serdeczne twarze, które kojarzyłam z lat nastoletnich, przestały budzić zaufanie. Tak przestałam wierzyć w ludzi.

W ostatnim czasie media zalewa lawina informacji o pandemii koronawirusa. Mimo ogólnego przestrzegania przez wszystkich zasad bieżącego porządku, można wyłapać dwa modele podejścia do tego tematu: ludzie, których ten temat paraliżuje i przeraża oraz tacy, którzy płyną z nurtem dzięki dystansowi i poczuciu humoru. Ja jestem trochę pomiędzy, bo choć czuję niepokój, to do rozpuku zaśmiewam się z memów powstałych z tej okazji. Ciekawi mnie jednak, jakie instynkty uruchomi w nas ta sytuacja i odkąd zaczynam je zauważać, czuję narastający we mnie smutek.

Kiedy pojawił się pierwszy przypadek koronawirusa w województwie lubelskim, rodzinę zarażonego spotkała fala krytyki. Spekulacje o nieprzestrzeganiu kwarantanny urosły do prób zastraszenia najbliższej rodziny chorego. W małej społeczności ostracyzm staje się wyjątkowo uciążliwy i groźny, a policja jest zmuszona do obserwowania domu zarażonego pacjenta. Nie wiem, jak było naprawdę i czy chory, który zaraził się od syna wracającego z zagranicznej wycieczki, trzymał się zaleceń sanepidu. Być może ten przypadek potraktowano lekceważąco, być może doszło do zaniedbania ze strony służby zdrowia. Myślę jednak, że nienawiść nie pomaga, bo nikogo nie ochroni, a może zagrozić.

W zeszły wtorek zmarła kolejna osoba zarażona koronawirusem. Profesor Wojciech Rokita był w chwili śmierci w stabilnym stanie, mimo dodatniego wyniku testu. Nie zabił go wirus. Zabiła go ludzka nienawiść, która doprowadziła do tego, że ten wykształcony człowiek postanowił odebrać sobie życie. Lokalny portal informacyjny pozwolił swoim użytkownikom na nakręcanie spirali nienawiści wobec tego człowieka. Fala szkalujących go komentarzy i spekulacji, jakoby lekarz miał nie przestrzegać kwarantanny, zyskiwała na sile z minuty na minutę.

Czytałam później komentarze kobiet, którymi zajmował się Wojciech Rokita. W opinii pacjentek był to niesamowicie wrażliwy i empatyczny człowiek. Pomógł przyjść na świat wielu dzieciom, zajmował się kobietami, które miały problemy z utrzymaniem ciąży. Z racji zawodu, a może powołania i poczucia misji, zrobił w życiu wiele dobrych i pięknych rzeczy. Pomagał ludziom, a kiedy sam potrzebował dobrego słowa, postawiono go pod ścianą i obrzucono gównem.

Wydaje mi się, że rozumiem ten mechanizm. Dużo łatwiej wzajemnie nakręcić się na innych ludzi negatywnie niż zacząć skupiać się na ich dobrych cechach. Takimi jesteśmy ludźmi, to dotyczy również mnie. To, co w tej sytuacji najbardziej przeraża, to fakt, że nie uczymy się na doświadczeniach z przeszłości. Przez lata chorzy na AIDS spotykali się z marginalizacją i zbiorową nienawiścią. Próbowano ich wykluczyć, choć w ich przypadku zarażenie nie jest tak łatwe, jak w przypadku koronawirusa. Zamiast zmierzyć się z problemem, pozwolono na to, by fala nienawiści rosła w siłę.

Takie sytuacje są zbiorową wielu niewiadomych i ciężko mi ręczyć za chorych i ich rodziny. Chciałabym tylko zadać pytanie sobie i wszystkim, którzy kiedykolwiek to przeczytają:
Jakimi jesteśmy ludźmi i dlaczego w takich momentach górę nad nami przejmują tak ohydne zachowania?





czwartek, 3 października 2019

Gdyby polskie miasta były mężczyznami


Nie wiem, jak wpadłam na pomysł napisania tego tekstu, ale w początkowej wersji miał mieć formę mini przewodnika po polskich kierunkach urlopowych, jednak w międzyczasie za tyłek złapał mnie wrzesień, sezon się skończył, a tekst nigdy nie powstał. Później miał być laurką dla wszystkich mężczyzn z okazji ich święta, ale z tym też się spóźniłam, bo od trzech dni mamy październik. Mimo wszystko – przybywam, nadaję z urlopu i piszę pewnie ostatni wpis na blogu w tym roku, zapraszając do wspólnej zabawy.



GDYBY POLSKIE MIASTA BYŁY MĘŻCZYZNAMI*


Warszawa – w świecie Bridget Jones Warszawa jest jak Daniel Cleaver – przystojny, bezczelnie pewny siebie i ostentacyjnie szarmancki. To jest taki typ, o którym wszystkim zdarzyło się marzyć, ale każda rozsądna dziewczyna wie, że trzeba się od niego trzymać na bezpieczną odległość. Mimo perfekcyjnej aparycji, twarzy cherubinka i nienagannej prezencji, ma w sobie skłonność do wciskania głodnych kawałków o tym, jaki jest twardy, męski, dziki i jak pożre twoje serce. Naoglądał się historii o filmowych badboyach i czuje się jednym z nich. Byłoby mu łatwiej wczuć się w klimat, gdyby nie fakt, że matka nadal pierze jego brudne gacie.


Kraków – chłopak, którego poznałaś przez internet. Na zdjęciach jego twarz zdobi lekko przepity wzrok, ale chłopak ma miły uśmiech, co skutecznie może uśpić czujność. Jedyne co napisał w sekcji "o sobie", to magiczne 185, które według twojej intuicji odnosi się do jego wzrostu. Choć podczas spotkania masz wrażenie, że mierzył się w szpilkach lub doliczył długość jakiejś innej części ciała, to jesteś miłą pindą i mimo kłamstwa na wstępie, dajesz chłopakowi szansę. W ciągu dwóch godzin wymienia imiona siódemki dzieci, które chce z tobą mieć i urządza dom, który kupicie w Zielonkach, a na pożegnanie całuje cię w czoło. Kasujesz jego numer i udajesz, że umarłaś.


Łódź – trochę filmowiec, trochę poeta, trochę kosmonauta. Zanim jednak go rozszyfrujesz, czeka cię podróż przez niczym nie ograniczony bezmiar jego fantazji. Jest elastyczny jak gumka w stringach. Jeśli potrzebujesz romantyka, to wyjęczy ci pod oknem jedną z ballad "Ich Troje", a jeśli chcesz twardziela, to użeluje włosy i zacznie palić Marlboro Gold, próbując się nie udusić przy tym. Z czasem zacznie wychodzić z roli, a wtedy okaże się, że Łódź ma do morza tyle, co chłop z widłami do Posejdona.


Wrocław – gdybyś była zainteresowana zamążpójściem, to właśnie on jest odpowiednim kandydatem. Jest zadbany i schludny, gdyż ordnung jest dla niego sensem życia. To bardzo inteligentny facet, miłośnik technologii, przeczytał w życiu tony książek, a nadal nie potrafi ogarnąć, że białe i czarne pranie pierze się oddzielnie. Bardzo interesuje go Twoje zdanie, pod warunkiem, że go nie masz. Chodzący przykład na to, że jeśli można jeść i się nie najeść, to można też książki czytać i gówno wiedzieć.


Poznań – dla niego nic się tak nie liczy jak szacunek ludzi ulicy. Weekend zaczyna w piątek, a kończy w czwartek. To dobry chłopak, który źle w życiu trafił. Gangster i zabijaka, ale o sercu gołębia. Pali fajki bez filtra i pluje na chodnik, ale to romantyk, który układa rapsy na kartkach w kratkę, a na urodziny kupi ci perły w czteropaku. W gimnazjum był typem niegrzecznego chłopca, ale kiedy nikt nie patrzył, rysował mangi w zeszytach.


Gdańsk – dzikus z Północy, wiatr rozwiewa mu włosy i wąsa. Nieważne, jak bardzo radykalną feministką jesteś, marzysz o tym, że przerzuca cię przez ramię i tak niesie przez Litwę, Łotwę, Estonię i Finlandię prosto do Szwecji, gdzie mieszkacie razem w domu, który wygląda jak okładka katalogu IKEA, jeździcie Volvo, a co wieczór popijacie z gwinta wódkę Absolut przed kominkiem. Wasze stosunki są idealne, głównie dlatego, że nie rozumiesz, co do ciebie mówi.


Lublin – najbardziej na świecie kocha ziemię, jazdę swoim Oplem, traktor za pieniądze z Unii, a jeśli okażesz się dobrą kandydatką, to kilka pozycji dalej znajdzie się miejsce dla ciebie. Ciężka praca w polu i wódka sprowadzana z Ukrainy zahartowały go tak, że stał się niemalże nieśmiertelny. Jeśli śnisz o Gdańsku, życie podsuwa ci jego swojską i bardziej realną wersję, czyli Lublin.


Białystok – chłopak o ogromnej fantazji i finezji, latem lubi naciągnąć na stopy skierpy do sandałów, zimą najlepiej się czuje w tureckim swetrze. Żyje czekając na sobotę, lubi remizowy melanż i czuje, że to o nim napisano większość piosenek disco polo. Do pedałów nic nie ma, zwłaszcza szacunku, chociaż skrzętnie przemilcza swoje sny o tym, jak warszawskie Pendolino parkuje w nim od tyłu.


Katowice – buntownik, pankrokowiec, zawsze na przekór. Gardzi ludźmi, nie podoba mu się nic, co jest w powszechnym rozumieniu normalne. Nie lubi czuć się częścią większej społeczności, więc wykazuje silne skłonności separatystyczne. Nie wejdzie z tobą w żadną stałą relację, bo uważa że człowiek jest zwierzęciem i monogamia nie leży w jego naturze. Masz szczęście, jeśli oświeci cię, zanim zaczniesz lokować w nim swoje uczucia i urodzisz mu pierwszą czwórkę dzieci.


Szczecin – Sprząta po sobie, umie nie umrzeć z głodu, robi pranie, hoduje kwiaty, lubi koty. Będzie cię słuchał, śpiewał z tobą piosenki Johnnego Casha, popłacze z tobą na "King Kongu", twoja matka go polubi, twoi przyjaciele go zaakceptują. Jest tak idealny, że to niemożliwe, że żyje. Gdybyś go nie widziała w telewizji, to byś nie wierzyła w jego istnienie.




* Powinnam dodać, że turysta ze mnie słaby, ale poza jednym wyjątkiem na liście, udało mi się wszystkie miasta odwiedzić, natomiast w pisaniu opisów, poza moimi ubogimi doświadczeniami, sporo zaczerpnęłam z opowieści. Dla formalności napiszę, że wpis ma charakter czysto humorystyczny, żonglowanie stereotypami jest zamierzone, tak jak zamierzone jest humorystyczne podejście do "kobiecych oczekiwań", a wszelkie podobieństwo do osób jest nieprzypadkowe.



piątek, 15 marca 2019

Smutna dwunastolatka w mojej głowie


Naprawdę uwielbiam wszystkie te teksty o niezabijaniu w sobie dziecka, odwlekaniu dorosłości i o tym, że najlepiej w ogóle nigdy nie dorastać. Uwielbiam je, sama jestem dużym dzieckiem nie tylko przez wzgląd na moją infantylność czy wrażliwość, ale też dlatego, że naprawdę przeraża mnie dorosłość. Gdybym miała teraz opisać wszystkie sytuacje, kiedy zwijałam się w kłębek i opracowywałam plan, w którym rzucam studia, pracę i wypieprzam do mamci, to zabrakłoby mi na to miejsca w Internecie.

I jest to o tyle dziwne, że jako dziecko dziko wręcz nie mogłam się doczekać dorosłości. I zupełnie nie dlatego, że marzyło mi się, że będę w jakiś sposób niezależna i sama będę o sobie decydować. W ogóle nie myślałam o takich rzeczach. Ja po prostu w dzieciństwie totalnie nienawidziłam siebie. W tej swojej kilku-ledwo-nastoletniej głowie wymyśliłam sobie, że jestem bardzo brzydką dziewczynką i dopiero jak dorosnę, to wszystkie moje problemy się rozwiążą. Nie wiem, co sobie wyobrażałam. Może wydawało mi się, że nagle wyładnieję, może kosmetyki miały mi dodać urody, naprawdę nie pamiętam, ale nigdy nie zapomnę tego pragnienia bycia dorosłą.

I nie do końca się myliłam, bo dorosłość (albo wejście w próg dorosłości, bo dorosła chyba nigdy nie będę) coś mi jednak przyniosła. To odruch obojętności na swoje wady i pewna świadomość zalet. Pisałam już o tym, że w "dorosłym" życiu inaczej odbieram atrakcyjność i świadomość tego, że pociągają mnie nieidealni ludzie i totalnie kocham ich odstępstwa od kanonu, bardzo pomogła mi w akceptacji siebie. Wyjście z domu rodzinnego, pójście na studia i do pracy, poznawanie ludzi – to wszystko uczy nas jakiejś chociaż symbolicznej kontroli nad swoimi kompleksami. Poza tym, w momencie, kiedy zmieniają się okoliczności, zmienia się perspektywa. Kiedy musimy zdać sesję czy ogarnąć jakąś sytuację w pracy, to problem nieidealnego nosa ląduje gdzieś poza podium aktualnych problemów.

Ale, choć byłoby naprawdę zajebiście, nie jest do końca tak, że perspektywa się nam zmienia i przestajemy nagle myśleć o kompleksach. Nie ma opcji, żebym uwierzyła, że jest na tej sali ktoś zupełnie pozbawiony kompleksów. Każdy, nawet osoby z pewnością siebie wyjebaną w kosmos, ma te dni, kiedy patrzy w lustro i ma wrażenie, że twarz mu ktoś na drugą stronę wywrócił. I to jest zupełnie normalne. W takich sytuacjach ogarniamy dupę i wracamy do rzeczywistości, bo w dorosłym życiu nie jesteśmy pozbawieni kompleksów, my je po prostu sprawnie zagrzebujemy. A najgorsze w tym jest to, że wszystkie te obawy i złe myśli, które od dzieciństwa tak dzielnie chowamy, w późniejszym życiu przybierają postać wrednej dwunastolatki, która zamieszkuje nasze głowy.

To, co wydaje się super w dzieciach, w przypadku dwunastolatek w naszych głowach, staje się naszą zmorą – to ich brutalna, chamska szczerość. I zdarza się, że w sytuacji, która wymaga od nas odwagi, ryzyka czy samozaparcia – ta zasrana dwunastolatka między zwojami mózgowymi śpiewa piosenkę o tym, jak chujowi jesteśmy i jak bardzo nasz wysiłek nie ma sensu. I mogłabym godzinami opowiadać, ilu fajnych facetów spławiłam, bo moja dwunastolatka upierała się, że jestem zbyt średnia, żeby mnie traktować serio; ile fajnych pomysłów odpuściłam, bo i tak nic mi się nie może udać; ilu rzeczy nie napisałam na tym blogu, bo wydały mi się niewarte opisania. To ona co kilka miesięcy, kiedy już zbieram się do napisania czegokolwiek, mówi mi, że to nie ma sensu, bo ludzie mają gdzieś, co myślę i prowadzenie bloga jest totalną żenadą.

I staram się, bardzo staram się mieć ją w dupie. Bo patrzę na wielu fanstycznych ludzi w moim otoczeniu, których często skrycie podziwiam i szanuję. I widzę, że znajdują się kilka poziomów poniżej tego, na co ich stać. I kiedy o tym myślę, niemalże słyszę głos dwunastolatek, które zamieszkują ich głowy, a które pewnie w momentach decyzyjnych wykastrowały ich z marzeń i ambicji. I zupełnie rozumiem ten lęk związany z porażką, bo sama mogłabym napisać podręcznik płakania w kącie w sytuacjach, które są dla mnie nowe, nieprzewidywalne i niepewne.

I bardzo łatwo mi o tym wszystkim pisać, ale to ja, za każdym razem, kiedy w moim życiu pojawiała się perspektywa jakiejś istotnej zmiany, zwijałam się jak ślimak w środku, bo bałam się, że coś spierdolę. Na szczęście czasem zagłuszałam ten głos w mojej głowie i okazywało się często, że mam dobrych ludzi wokół siebie i nawet chcą ze mną rozmawiać; że może nie jestem najgłupszym człowiekiem na świecie, bo coś tam udało mi się ogarnąć. W takich sytuacjach odbudowywała się moja pewność siebie i zaczynałam funkcjonować. Bo na ogół przecież wiem, że jestem spoko, tylko czasem wątpliwości mnie wytrącają z tego poczucia.

No i nie jest też tak, że ta dwunastolatka to jakiś demon, który uparcie zatruwa nasze dusze. Czasem cieszę się, że jest, bo kiedy mam ją pod kontrolą, stopuje wiele moich durnych zapędów i zachowań. Bo zupełnie nie chodzi o to, żeby tę zakompleksioną dwunastolatkę w sobie zdusić. Myślę, że to nawet nie jest możliwe. Chodzi o to, żeby jej dać cukierka i wytłumaczyć, że nie jest wcale najbrzydszą dziewczynką na świecie, że ma głowę na karku, jest silna i całkiem niegłupia. Trzeba ją spróbować powoli oswoić.





poniedziałek, 24 grudnia 2018

Kolejny tekst o tym, jak trzeba żyć


Totalnie chciałabym, żeby wszystko w życiu działało tak, jak w moich fantazjach. Na przykład to, że piszę w CV o moich osiągnięciach życia, wliczając w to niezbyt systematyczne, choć wytrwałe prowadzenie bloga o niczym sensownym, 756 poziom w Candy Crush Saga i uprawnienia do udzielania sakramentalnych związków skarpetom, które straciły w praniu swoje pary. Po zerknięciu w papiery, potencjalny pracodawca spuszcza się nad moim życiorysem, szczęka mu opada i zostaję prezesem świata albo cesarzową półkuli, bo tak imponujące jest moje doświadczenie. Dodatkowo właśnie odkryłam dwie najważniejsze rzeczy na świecie: że szkoda czasu na szukanie skarpet do pary, a granie na kibelku w Candy Crush to sens życia. Czego chcieć więcej?

Ale w realnym życiu nic nie wygląda tak, jakbym tego chciała. Kiedy pięć lat temu wyprowadzałam się od mamy, wydawało mi się, że jestem turbo dorosła i byłam prawie pewna, że za kilka lat porwie mnie fala sukcesów zawodowych, że zostanę mistrzem kontaktów międzyludzkich, poznam jakiegoś skandynawskiego boga, który zwariuje na moim punkcie i wszystko będzie działać dokładnie tak, jak sobie zaplanowałam. Ale nic takiego się nie stało i nie stanie. Mogłoby się nawet wydawać, że w międzyczasie zrobiłam doktorat z rozczarowywania bliskich mi osób i pierdolenia wszystkich sensownych relacji, jakie miałam szansę przynajmniej zacząć budować. I trochę pewnie tak jest, ale z drugiej strony – kogo to właściwie obchodzi?

Piszę wszystkie te bzdury, bo wiem, że poza grupą ludzi w moim wieku, którzy mają super ogarnięte życia, przynajmniej wnioskując po obrazkach, które wstawiają na fejsa, są też ludzie tacy jak ja. I wiem, że jest nas sporo. I wiem, że czasem wracamy do domu i liczymy plamy na suficie, zastanawiając się, ile jeszcze rzeczy możemy spierdolić. Ile jeszcze razy usłyszymy, że to bardzo fajnie, że łączymy pracę ze studiami, ale dlaczego nie pracujemy w zawodzie; dlaczego nie mamy narzeczonego; sukcesów; tony hajsu i planów na dostatnie życie. No, dlaczego?

Dwa lata temu, kiedy zakładałam tego bloga, napisałam notkę z listą sześciu rzeczy, których nauczył mnie rok 2016. Myślę, że po dwóch latach nie ma sensu opracowywać kolejnej listy. Ostatnie dwa lata, a gdybym się zastanowiła, to i poprzednie, nauczyły mnie jednej najważniejszej rzeczy: ludzie przychodzą i odchodzą. Choćby skały srały, rzeczywistości nie da się odmienić, nie ma zaklęcia na przyjaźń, żaba całowana tysiąc razy nie stanie się księciem, a nazwanie kogoś przyjacielem nie sprawi, że nim się stanie. Więc skoro ludzie przychodzą i odchodzą – czy warto się nimi w ogóle przejmować?

Przecież zmieniamy się wraz z upływem czasu. Kilka lat temu miałam aspiracje, żeby być kimś super i robić sensowne rzeczy. Teraz chciałabym tylko mieć czas na spanko i regularne posiłki. Zaczęli mi się podobać inni faceci (ba, miałam moment, że myślałam, że podobają mi się dziewczyny), inne filmy, książki, muzyka, miejsca i cała reszta. I niby nadal jestem tą samą osobą, ale kręcą mnie nowe rzeczy i przejmuję się czymś innym niż wcześniej, a to sprawia, że zupełnie inaczej reaguję, myślę i mówię. To samo dzieje się z większością ludzi. Spotykamy się w pewnym momencie życia, ale wszyscy rozwijamy i zmieniamy się w swoich kierunkach. Nic dziwnego, że po jakimś czasie punkt, w którym się spotkaliśmy, nie istnieje. Nie mamy o czym rozmawiać, zaczynamy się mijać, rozczarowywać i czasem drażnić. I może moglibyśmy odpuścić sobie, puścić się wolno i iść każde w swoją stronę. Bez dramatów, konfliktów, wyrzutów i płaczu.

I to nawet mogłoby się udać, bo brzmi jak coś zajebiście łatwego w wykonaniu. Ale jest, mniej więcej, jak rzucanie palenia. Ten moment, kiedy stoisz na przystanku i czekasz na autobus – wiesz, że normalnie w tym momencie wyciągasz papieroska, ale nie tym razem, więc przez najdłuższe na świecie cztery minuty wali się świat, bo nie wiesz, co ze sobą zrobić. Ale przecież w końcu autobus przyjeżdża, wsiadasz i na chwilę przestajesz myśleć o chęci zapalenia. Z ludźmi jest jednak trochę inaczej.

Pomyśl, jak leżysz wieczorem w łóżku i wiesz, że w normalnych warunkach dostajesz o tej porze wiadomość z życzeniem dobrej nocy albo śmiesznym gifem, cokolwiek. Ale dziś ta osoba się nie odzywa. Więc leżysz z zamkniętymi oczami i wsłuchujesz się w ewentualne wibracje telefonu, mijają godziny, a wiadomość nigdy nie przychodzi. Nie ma autobusu, w którym przestajesz myśleć. Jest tylko cisza i czarny ekran, a w głowie myśl, że kolejny ktoś ma na ciebie wyjebane i co jest z tobą nie tak. A ludzie nadal przychodzą i odchodzą.

Wszystko jest z tobą w porządku. Nie jesteś maszynką do zadowalania wszystkich ludzi wokół, do spełniania wszystkich oczekiwań świata i robienia wszystkim dobrze. Jeśli ktoś nie chce z tobą gadać, no to trudno. Może punkt, w którym się spotkaliście, przestał istnieć, a może zwyczajnie nigdy go nie było. Nie ma sensu się stresować. Żadna znajomość nie jest cenniejsza od twojego komfortu i samooceny. Nawet przyjaźń z kimś turbo fajnym, jak Beata Kozidrak albo Magda Gessler. To działa w dwie strony. Może nie czujesz się dobrze z kimś i masz poczucie dyskomfortu, a przecież wcześniej było super i fajnie. Było. Ludzie przecież przychodzą i odchodzą. Puść to wolno.

Jacek Podsiadło napisał kiedyś taki wiersz, który nosił tytuł "Don't leave me" i zaczynał się od słów "Nie przestawaj mnie kochać. Ani na sekundę"*. To piękna naiwność. Bo chyba nie da się kochać kogoś zawsze. Bo niczego nie jesteśmy w stanie zaplanować, a już zwłaszcza uczuć. Nie możemy się też do niczego zmuszać, ani zmuszać do czegoś kogokolwiek. Bo może właśnie wypuszczamy kogoś ze swojego życia, żeby wpuścić do niego kogoś zupełnie nowego. I to jest właśnie najlepsze, że ludzie przychodzą i odchodzą. I nic na świecie nie jest w stanie tego zmienić.




*Młodszy Podsiadło, czyli Dawid, śpiewał później "Spotykałem cię codziennie, ale teraz, kiedy muszę, chętniej udałbym się spać", więc chyba przynajmniej jeden z dwóch zgodziłby się ze mną.

piątek, 7 września 2018

Dystans! Albo wszyscy zginiemy!


Naprawdę lubię chodzić na karaoke. To dosyć dziwne hobby, zwłaszcza że mój zupełny brak talentu wokalnego był jedną z wielu frustracji wieku dziewczęcego. Kiedy większość moich koleżanek śpiewała przynajmniej w miarę nieźle, ja nadal wydawałam z siebie stękająco-wyjące dźwięki. To nie przeszkadzało mi w wyśpiewywaniu z zaciszu domowym całego twórczego dobytku Maryli Rodowicz i Beaty Kozidrak razem wziętych. I choć pogodziłam się z moim brakiem talentu, to moja sympatia do muzyki pozostała. Jednak zupełnie nie dlatego tak bardzo lubię chodzić na karaoke. Najbardziej lubię w tym wszystkim to, że nieważne, jak i co śpiewasz – zawsze dostaniesz oklaski na koniec.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby to funkcjonowało w życiu codziennym, to świat byłby idealny. Wyobraź sobie wszystkie swoje obawy i lęki. Nieważne, czy boisz się odrzucenia czy upadku na ryj na prostej drodze. Pomyśl o tym, że potem wstajesz i wszyscy klaszczą. Wygłupiasz się, ale to nie jest ważne. Ważne, że podejmujesz próbę, że się podnosisz. Nawet jeśli masz złamane serce albo zdarte kolano – brawa za próbę. Tłum wiwatuje i uśmiecha się, a ty jesteś bohaterem, mimo śmieszności. No zajebiście!

Ale tak naprawdę wcale nie planowałam pisać o moich niespełnionych aspiracjach, tylko o prostych mądrościach podłapanych od mniej lub bardziej znajomych mi ludzi w różnych dziwnych okolicznościach, które uczą mnie dystansu. Życie daje super szkołę. Ludzie w klubach z karaoke nauczyli mnie tego, że moja ocena człowieka nie ma znaczenia. Nie powinno mieć dla mnie znaczenia też to, jak jestem oceniana. Jasne – to, jak jesteśmy widziani, jest w pewien sposób ważne, ale strach przed zażenowaniem nie może nas blokować, bo dopóki nie robimy nikomu krzywdy, jest dobrze. Żenadometr może przekroczyć skalę, ale dopóki nie ryzykujesz, nie masz szans na brawa. Może po prostu wystarczy zacząć mieć więcej wyrozumiałości dla innych – no i najważniejsze – dla siebie.

Mam taką fajną koleżankę, która kiedyś wytłumaczyła mi pewien schemat, który zakłada, że życie jest jak witraż. Wiadomo, jak wygląda witraż: mamy obrazek, który składa się z dziesiątek, setek lub tysięcy szkiełek. No i ten obrazek to jest życie, a szkiełka to rodzina, hobby, praca, przyjaciele, związki i masa innych rzeczy. Im więcej szkiełek w witrażu, tym lepiej, bo jeśli z jakiejś przyczyny jedno szkiełko zostanie wybite, to nadal ten obrazek jakoś się trzyma, opierając się na reszcie. Jeśli całe twoje życie to, dajmy na to, związek, to po wybiciu masz smutną, pustą ramkę. To jest tak kurewsko prosty schemat, że aż mnie zaskakuje, że tak trudny do zrealizowania.

Piszę bardzo oczywiste rzeczy dla większości, jeśli nie dla wszystkich ludzi i totalnie zdaję sobie z tego sprawę. Z drugiej strony to, co wydaje mi się w tym wszystkim ważne, to fakt, że sama wiedza to niewiele. Do momentu, kiedy nie zaczynasz praktykować myślenia o tym, to nic nie wniesie do twojego życia. I to nie jest wcale łatwe. Sama miałam ostatnio sytuację, kiedy upadłam na twarz na oczach sporej grupy ludzi. Byłam trzeźwa, co nie ułatwiało niczego. W takiej sytuacji powinnam, leżąc na ryju, pomyśleć o tym, że przecież życie to klub z karaoke i nieważne, że upadłam w najbardziej kretyński sposób, ale przecież zaraz wstanę i wszyscy będą klaskać. No właśnie nie, bo i tak uderzyła mnie fala zażenowania samą sobą. Ale to był moment, po którym otrzepałam kolana, poprawiłam rzęsy i wróciłam do życia. Przynajmniej mentalnie, bo kolano i łokieć nakurwiały niesamowicie jeszcze przez kilka dni.

Strach przed zażenowaniem albo wygłupieniem się blokuje nas wszystkich w jakiś sposób i nie wierzę, że czyta to ktoś, kto ma totalny dystans do rzeczywistości. W domu i w szkole nauczono nas życia swoim życiem, ale dla innych ludzi. Do tego dochodzi fakt, że jesteśmy społeczeństwem do szpiku cynicznym. Wszystko robimy ironicznie. Słuchamy Krzysztofa Krawczyka ironicznie i ironicznie oglądamy "Trudne sprawy" – nie wykazujemy przywiązania do niczego, bo przywiązanie obnaża wrażliwość, a wrażliwość jest dla słabych. A wiem, co mówię, bo jestem nadwrażliwa i będąc w Szkocji, płakałam, oglądając góry, bo takie ładne były i przez długie miesiące wolałam wmawiać sobie, że to hormony mi to zrobiły niż przyznać, że to zwykły ludzki zachwyt.

Kiedyś ktoś powiedział mi, że przegrywa ten, któremu zależy bardziej. I kilka lat temu byłabym w stanie się z tym zgodzić, ale później dotarło do mnie, że to nie do końca tak. Im bardziej ci zależy i im więcej serca wkładasz w to, co robisz i w ludzi, na których ci zależy, tym mocniej boli porażka. Im szybciej biegniesz, tym mocniej upadasz i tym mocniej boli. Wrażliwcy mają trudniej o tyle, że wszystko traktują bardzo serio i angażują się w całości. Dlatego często przywdziewają (jest w ogóle takie słowo?) płaszcz cynika i nabierają dystansu. Pozornie. Bo dobry dystans, o którym pisałam wyżej wynika ze świadomości czerpania z porażki, a dystans cynika to nic innego jak iluzja nieprzejmowania się i bycia ponad. 

Wrażliwość i zaangażowanie, jeśli je rozłożyć na wszystkie szkiełka, są super. Wkładasz w coś ogrom energii, szkiełko pęka, ale nadal masz jeszcze dziesiątki innych, na których możesz się skupić. Fantastycznie. Możesz być dziesięcioletnią mną i myśleć, że twoim szkiełkiem jest kariera muzyczna, a później szkiełko pęka, bo zwyczajnie nie umiesz śpiewać. Wszystkie próby, które nie doprowadziły mnie do niczego, wydają się śmieszne i żenujące. Każda piosenka wyśpiewana do butelki antyperspirantu wydaje się żenująca. Ale na moim witrażu jest też szkiełko z adresem bloga, którego właśnie czytasz; w którego wkładam sporo energii, bo nie spałam od dwóch dni. I okazuje się, że choć wiele prób kończy się fiaskiem, to są też takie, które mają jakikolwiek sens, skoro komuś chciało się kliknąć w link i doczytać do końca.



piątek, 17 sierpnia 2018

Świat, w którym kobieta


Mam nienajgorsze życie. Nie jest jakoś super fajne, ale nie mam raczej na co narzekać. Wyrosłam z odczuwania wielu negatywnych emocji. Staram się myśleć o ludziach dobrze albo w ogóle, co przy moim ciężkim charakterze choleryczki i awanturniczki nie jest wcale takie łatwe. Nie zawsze wychodzi. Pamiętam siebie sprzed sześciu, siedmiu, ośmiu lat i chociaż bardzo chciałabym mieć w sobie ten żar i pasję z tego okresu, to na pewno nie wróciłabym do negatywnych emocji, które wtedy mną miotały. Głupia odwaga, która uderzała do głowy jak bardzo tanie wino, na szczęście nigdy nie odbiła się czkawką. Wydawało mi się, że jestem w kontrze do całego świata, który może mi skoczyć. Że całe zło jest poza mną i mnie nie dotyczy. Pochodzę z małego miasta, gdzie gwałty i rozboje nie są częste, bo też warunki są niesprzyjające. Po zapadnięciu zmroku kończy się życie nocne, a wszyscy mieszkańcy chrapią unisono.

Od czterech lat żyję w nieco innej rzeczywistości. Zmieniło się otoczenie, bo chociaż Kraków nie jest wielkim miastem, to przez wzgląd na zaludnienie (przeludnienie, kurvva), zdaje się być ogromny. W ciągu tych czterech lat trzy razy natknęłam się na onanistów-ekshibicjonistów. Za każdym razem w biały dzień. Za każdym razem było to doświadczenie tyle obrzydliwe, co wstydliwe. I choć żaden w zasadzie nie zrobił mi realnej krzywdy, to nadal czuję dyskomfort, kiedy o tym myślę. Kraków to miasto pełne ludzi, a w tłumie nietrudno o odszczepieńców. Chociaż być może uogólniam, bo jestem tylko dziewczyną z małego miasteczka i dla kogoś innego to norma. Być może.

Moja dobra znajoma mówi, że my, dwudziestolatkowie, mamy kody na nieśmiertelność i bardzo chciałabym w to wierzyć. Mam 23 lata, więc przede mną jeszcze sporo fajnych, dziwnych, a może nawet popieprzonych lat. Jeśli założyć, że nic złego się nie stanie, że nikt nie zrobi mi krzywdy, że nie dojdzie do żadnego wypadku, który pozbawi mnie zdrowia lub życia. Kiedyś uznawałam swoją świetlaną przyszłość za coś pewnego, teraz miewam sporo wątpliwości, kiedy rozglądam się wokół. Świat nie jest dobrym miejscem, jeśli jest się młodym, jeśli jest się kobietą i jeśli chce się żyć. Ilekroć trafiam w sieci na informacje o tym, że jakaś młoda dziewczyna została skrzywdzona, porwana, zabita lub zgwałcona, omiatam wzrokiem komentarze ludzi, którzy piszą, że przecież sama to na siebie ściągnęła, bo jakim prawem szła sama wieczorem do domu; jakim prawem założyła spódnicę i umalowała się nieco mocniej niż zwykle. Jakim prawem miała czelność być młodą, ładną, towarzyską?

Jestem uparta, jeśli chodzi o moją niezależność i samodzielność. Pozwalam się odprowadzić do domu, ale zawsze podkreślam, że nie ma potrzeby, bo poradzę sobie sama. Trafiam na równie uparte typy, co ja i być może całe w tym szczęście. Bo kiedy miałam czternaście lat bałam się kosmitów i duchów, ale na szczęście przez te dziesięć lat nie porwał mnie żaden statek UFO ani nie nawiedził żaden duch. Teraz boję się ludzi i tego, że w ciemnej uliczce ktoś może złapać mnie za włosy i wpakować do busa jadącego cholera wie gdzie. Czy moje lęki są bezzasadne i czy jestem w nich osamotniona? Nie wiem, ale często trafiam na różnych grupach na fejsbuku na pytania od dziewczyn o to, gdzie i czy w ogóle mogą podróżować same, bo obawiają się zaczepek ze strony obcych mężczyzn. Te pytania skądś muszą się brać.

Kilka dni temu umówiłam się ze znajomymi na piwo w centrum, po którym wracałam do siebie nocnym autobusem na przystanek oddalony o niecały kilometr od mojego mieszkania. Nie wiem, czy byłam zbyt trzeźwa, by być odważna, czy mam jakąś pieprzoną manię prześladowczą, ale omal nie narobiłam pod siebie ze strachu. Każdy szmer, każda męska sylwetka na horyzoncie i każdy samochód przyprawiały mnie o ciarki. Szłam szybkim marszem, a w głowie migały mi nagłówki artykułów o zdarzeniach, które wydarzyły się w takich okolicznościach, w jakich akurat się znajdowałam. Do domu dotarłam pędem Korzeniowskiego, a po zamknięciu drzwi obiecałam sobie, że następnym razem zamówię ubera. Wliczam to doświadczenie w koszt bycia głupio odważną.

W wielu miastach przewoźnicy decydują się na wprowadzenie przedziałów tylko dla kobiet w metrze lub pociągach, ale to w żaden sposób nie zmienia skali problemu. Podróż metrem to kilka, kilkanaście minut z dwudziestu czterech godzin. O ile podczas takiej podróży nikt nie poklepie żadnej kobiety po tyłku, to po wyjściu z wagonu ktoś inny może wciągnąć ją w pobliskie krzaki. Nie zakładam też, że wszyscy mężczyźni to potencjalni oprawcy, ale wszystkie kobiety są potencjalnymi ofiarami. Bo jeśli znalazł się nastolatek, który zgwałcił staruszkę modlącą się w kościele, to nie sądzę, by w tym przypadku argumenty o jej nieprzyzwoitym zachowaniu czy niestosownym ubiorze znalazły miejsce. Możemy mydlić sobie oczy nadal i żartować z takich zdarzeń albo szukać winnych we wszystkich poza tymi, którzy zawinili, ale to od dziesięcioleci nie doprowadza nas do niczego. 

Dziś zaczęłam o tym myśleć i zastanawiać się, czy moi koledzy też mają takie myśli. Czy im też zdarza się bać? Niewiele słyszy się o przemocy seksualnej wobec mężczyzn, o ich porywaniu czy wykorzystywaniu. Nie umniejszam mężczyznom, bo przez znikomą ilość przypadków, często są odosobnieni w swoich doświadczeniach i przez to w walce o sprawiedliwość, bo jak baba bije chłopa, to nie ona jest durna, tylko on – tak przynajmniej myśli spora część społeczeństwa. Niemniej – skala przemocy wobec kobiet jest zatrważająca i paraliżująca. Masłowska w jednym z wywiadów powiedziała, że o kobietach mówi się jak o mięsie. I często bywamy mięsem, nawet armatnim, nawiązując do Czarnego Protestu. Dlaczego tak jest? Skoro żyjemy w czasach, gdzie każde pierdnięcie jest śledzone w sieci, to dlaczego mamy skrzętnie chować nasze ciała i najlepiej nie wystawiać nosa za próg domu wieczorami? Czy to my powinnyśmy uważać na świat, czy to świat powinien się zmienić w jakiś sposób?

poniedziałek, 21 maja 2018

A kiedy ktoś cię poprosi do tańca, to nie odmawiaj, bo to brzydko!



Lubię myśleć, że doświadczam w życiu prawdziwego luksusu, jakim jest spotykanie na swojej drodze odpowiednich ludzi. Nie ze wszystkimi mogę się polubić. Ze zdecydowaną większością nie łapię chemii towarzyskiej, część mnie zwyczajnie drażni, ale to nie zmienia faktu, że od każdego zabieram coś, co ma mniejszy lub większy wpływ na mnie. Ludzie potrafią być fajni. A już w ogóle najbardziej na świecie wzrusza mnie, kiedy potrafią być bezinteresownie zaangażowani w pomoc innym albo zwyczajnie, tak po ludzku dobrzy. 

Trochę ostatnio gadam z dziewczynami. Nie są to pseudointeligenckie wielogodzinne dysputy, które prowokują oświecone wypowiedzi i błyskotliwe refleksje. Nie siadamy nad winem, nie odtwarzamy scen z "Seksu w wielkim mieście" ubrane w sukienki nadmiernie obcisłe i ciut przykrótkie, by były wygodne, a stłumione światło lamp nie ślizga się po naszych idealnie wydepilowanych nogach. To bardziej takie moje spontaniczne gromadzenie reakcji na różne zdarzenia – kolekcjonuję je jako przyjemne olśnienia. I wiecie co? Ja naprawdę kocham kobiety. Ale równie mocno, co je kocham, jestem na nie wkurwiona. Bo parafrazując klasyka – kobiety kobietom zgotowały ten los.

Wkurza mnie, że całe to nasze wyzwolenie, emancypacja i solidarność jajników zawsze muszą mieć jakieś granice. Strasznie podobają się nam te wszystkie ruchy z ciałopozytywnością w nazwie. Wkurza mnie, że podziwiam kobiety, które pokazują zdjęcia nieogolonych części swojego ciała, ale sama w życiu nie posunęłabym się do takiej śmiałości. Nie ośmieliłabym się "zaniedbać", bo to przecież nie wypada. Faceci nie lubią zapuszczonych dziewczyn, a dziewczyny lubią podobać się facetom. Żeby tego było mało, Internet nie ułatwia: "Dziewięć fryzur, które podobają się facetom", "Typy kobiet, które podobają się facetom", "Trzy trendy na lato, które na pewno spodobają się facetom". Skóra mi cierpnie na całym ciele i jest mi niedobrze. Już nawet nie dlatego, że według autorek tych bredni na starość pożrą mnie koty, ale dlatego, że to kobiety kobietom to robią.

Nie lubię siebie za to, że naprawdę widzę coś super w tych wszystkich ruchach na rzecz akceptacji swojego ciała. Cieszę się, że jest tyle kobiet, które pokazują, że nie ma niczego złego w fałdkach na brzuchu, w asymetrii ciała, w owłosieniu, w zmarszczkach. Uwielbiam swoje rozstępy na pośladkach – są naprawdę bardzo ładne, ale uwielbiam też moje sztuczne rzęsy i paznokcie. Bogu dziękuję za staniki push-up i wielkie jak spadochrony majtki wyszczuplające, ale coraz częściej traktuję je jako opcję, a nie konieczność. Bo ja naprawdę lubię te wszystkie gadżety – gdybym była facetem, pewnie byłabym transseksualna. Ciągle jednak uczę się tego, że to tylko przedmioty, które ostatecznie nie mają wpływu na to, jaką kobietą jestem.

Albo z innej beczki: ostatnio znajomy pyta, czy się z kimś teraz spotykam. Mówię, że nie. On kwituje, że faceci teraz to pizdy* i pewnie są ślepi. Po jakimś czasie dotarło do mnie, że w zamyśle autora to miał być komplement. Przymykam oko, ale nadal nie widzę w tych słowach niczego przyjemnego. Widzę w nich stereotyp, który zakłada, że każda samotna dziewczyna jest niechciana, że wybór należy do mężczyzny, a ja się mogę najwyżej prężyć na półce w tym markecie zwanym "Życie" i czekać na kogoś, kto mnie łaskawie weźmie do koszyczka zwanego "Relacja". Jestem bardzo młoda, ale ta sytuacja lawiną ściąga na mnie wiele wspomnień. "A jeśli ktoś cię poprosi do tańca, to nie odmawiaj, bo to brzydko!" - dźwięczą mi w uszach zasłyszane kiedyś słowa mojej mamy, a za nimi kolejne sytuacje – jak chociażby ta, kiedy koleżanka nie potrafi powiedzieć chłopakowi "nie", bo nie chce wyjść na złą i niewdzięczną.

Nie jesteśmy łaskawe ani w ocenie samych siebie, ani w ocenie innych dziewczyn. Ta z bogatym doświadczeniem seksualnym to zwykła kurwa, ta z mniejszym to pospolita cnotka. Nie możemy być ładne i mądre jednocześnie. Ta ze sztucznymi rzęsami musi być osiedlową loszką (to o mnie, hehe), a ta bez makijażu to pewnie nudna pipa bez życia towarzyskiego. Dojrzałe kobiety nie lubią młodych, bo mają tę ulotną świeżość. Młode nie lubią dojrzałych, bo są widmem tego, co je czeka po utracie młodości. Nasze dupy są zawsze albo za małe, albo za duże; włosy za krótkie, zbyt kręcone. Makijaż mógłby być mniej lub bardziej intensywny. Jak nam nie wstyd ubrać się tak, że widać nam bieliznę, a wałki tłuszczu odznaczają się pod obcisłym ubraniem? Wciąż dbamy o siebie za bardzo lub za mało. To się nigdy nie kończy. Czy w ogóle warto?

A teraz Ty, osobo, która to właśnie czytasz.
Bez względu na płeć, na kolor i krój majtek.
Spójrz na siebie.
Gdzieś tam jest ktoś, kto totalnie nie widzi tych wszystkich rzeczy, których w sobie nie lubisz i kocha Cię mimo wszystko.
TYLKO GO W SOBIE OBUDŹ!





*bardzo mnie bawią te wszystkie niemiłe określenia, które odnoszą się do narządów kobiecych; dla mnie to żadna obraza, bo nie przyjmuję nawiązań do rzekomej "słabości" kobiet - proszę sobie dla równowagi wyobrazić krwiożerczą waginę, taką "pizdą" każdy chciałby być! 

sobota, 2 grudnia 2017

Okres! Uwaga! Ratunku! Pomocy!

Gdybym dostawała dychę za każdym razem, kiedy ktoś na moje gorsze dni reaguje pytaniem o to, czy mam okres, to może nadal nie jeździłabym Porsche, ale mogłabym sobie spokojnie pozwolić na Matiza. Gdybym dostawała kolejną dychę za każdym razem, kiedy czuję paraliżujące zażenowanie, gdy ktoś zauważa podpaski przebijające się przez zwały syfu i innych skarbów w mojej torebce, to pewnie mój Matiz byłby tak stuningowany, że do setki rozpędzałby się w mgnieniu oka. I kiedyś pewnie nawet bym żałowała tego, że nie wzbogacam się w tak łatwy (choć nieprzyjemny) sposób, ale teraz z herbem Podpaska na tarczy mam zamiar walczyć o to, żeby żadna z nas nie czuła się zażenowana tym, co jest do bólu (sic!) normalne.


Jeśli miewam gorszy humor, a wiadomo, że miewam, to tylko dlatego, że mam taki, a nie inny charakter i naprawdę rzadko ma to jakikolwiek związek z moim cyklem. Grupa kobiet, u których zespół napięcia przedmiesiączkowego ma znaczny wpływ na zachowanie, jest niewielka. Nieco bardziej liczna jest grupa kobiet, u których w grę wchodzi autosugestia i nakręcanie się na zły humor przed lub w trakcie miesiączki. Reszta, wiadomo, nie jest szczególnie szczęśliwa, ale kto byłby ze świadomością tego, że kanalizacja mu przecieka i komfort codziennego funkcjonowania jest zaburzony, bo...

Bo, no właśnie, to wcale nie wygląda jak na reklamach, że ładna pani w białych spodniach zakłada tę czy tamtą podpaskę lub tampon i nagle może fruwać, latać, cuda wyrabiać. Dziwny, syntetyczny niebieski płyn z jej pochwy zostaje magicznie zaabsorbowany przez super chłonną rzecz i, uwaga, pani z reklamy zostaje uwolniona z okowów okresu, i może robić takie szalone i spontaniczne rzeczy, jak przymiarki ubrań w sklepach odzieżowych, których, jak sugeruje reklama, mając okres, nie powinna robić. A przecież okres to nie opętanie ani choroba psychiczna, która trzyma nas w odizolowaniu. Okej, umówmy się, że przechodzenie miesiączki nie jest fajne ani przyjemne. Brzuch boli, plecy bolą, wszystko boli. Do tego te obrzydliwe podpaski i krew, no właśnie...

Krew! Jakiś czas temu producent podpasek Bodyform wypuścił reklamę, w której po raz pierwszy w historii widzimy czerwony płyn, który budzi jasne skojarzenia z krwią. Klip wieńczy nadzwyczaj trafna puenta "Okres jest czymś normalnym. Pokazywanie go również powinno". Internet zawrzał. No tak, jeśli pokazujemy krew w reklamie podpasek, to może jeszcze pokażmy kupę w reklamie pieluch! Nie żeby na połowie filmów o tematyce wojennej czy innych szmir w typie kina akcji ekrany nie spływały "krwią" – no właśnie, krwią, a nie niebieską mazią. Czy tylko ja zauważam, że jedyną różnicą jest fakt, że krew na filmach tryska z ran, a ta w reklamie wycieka sobie spokojnie z pochwy?

Czyli co, wychodzi na to, że problemem jest pochwa? No, halo – wszyscyśmy tę drogę przebyli, przedzierając się na ten świat. Niektórzy nawet, co leży w ich naturze, pałają wrodzonym zamiłowaniem do jej zwiedzania (puszczam do Was oko, Panowie!). Skąd więc ten strach? Skąd to obrzydzenie, które wprawia nas w niechęć do własnego ciała w te dni*? 

Próbuję pytać sama siebie. Bo, choć jestem dosyć bezpruderyjna jeśli chodzi o mówienie o miesiączce, to nadal zdarzają się sytuacje, kiedy mam ochotę zapaść się pod ziemię. Na przykład wtedy, kiedy konsultuję z promotorem mój projekt dyplomowy, który dotyczy tabu, jakim jest miesiączka. I choć bardzo go szanuję, to ilekroć słyszę, jak szuka synonimów dla słów podpaska czy tampon, nazywając je "tymi rzeczami" (Rzeczy, których nazwy nie można wymawiać!, hehe), to krew mnie zalewa (tym razem w przenośni). Bo dlaczego dorosły facet, który jest mężem i ojcem, tak bardzo boi się tego tematu? 

Bo wychodzi na to, że kobiece narządy rozrodcze są w naszym społeczeństwie napiętnowane. Bo, rzeczywiście, ilekroć przypominam sobie z dzieciństwa (czyli z wczoraj), jak dorośli w mojej rodzinie czy otoczeniu rozmawiali o problemach zdrowotnych związanych z kobiecą fizjologią, tylekroć padało enigmatyczne hasło "kobiece sprawy". Tak, jakby rak piersi, torbiele na jajnikach czy PCOS to były przejawy jakiejś strasznej klątwy albo kary, tajemniczo nazywanej "kobiecymi sprawami". Dla przeciwwagi - nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek w moim otoczeniu tabuizował coś takiego jak chociażby problemy z prostatą.

Dlaczego piszę to wszystko? - bo uważam, że to zabawne, ale tylko do momentu, kiedy jest niegroźne. Stygmatyzowanie pewnych procesów biologicznych uwłacza ludziom cywilizowanym. Bo okres, choć nie jest niczym przyjemnym, jest czymś w stu procentach naturalnym, jak inne procesy, które zachodzą w naszym organizmie i musimy się z tym pogodzić. Bo choć mogłabym oddać wszystkie Matizy świata, żeby nie mieć okresu, to natury nie oszukam i muszę żyć z tym, czym zostałam obdarzona. Chciałabym jednak - a myślę, że to nie jest wiele - czuć, że natura stworzyła mnie inną niż połowa populacji, ale nie do końca gorszą.


*"te dni" to mój ulubiony wygibas językowy, jeśli chodzi o reklamy podpasek - jak gdyby narrator nie mógł użyć w reklamie słowa okres czy miesiączka 

piątek, 16 czerwca 2017

5 przykładów na to, że wszyscy trochę jesteśmy idiotami


Pewnie powinnam zacząć od tego, że nie mam zamiaru nikogo obrazić, a tekst ma charakter satyryczny (tu dodaję taktyczne "hehe", żeby nie było) i nie twierdzę, że mam rację. Albo inaczej - w tym przypadku bardzo chciałabym nie mieć racji. Do pisania zabierałam się długo, bo piszę nie tylko na podstawie obserwacji, ale i własnych doświadczeń, a to jest zawsze trochę jak publiczne ściąganie majtek. A wiadomo jak jest ze ściąganiem majtek - ktoś zaklaszcze z radością, a inny ktoś z oburzeniem będzie dzwonił po bagiety. Niemniej, jak śpiewał klasyk, "życie to są chwile, chwile", więc tym razem zaryzykuję i przed tymi kilkoma osobami, które tu wejdą, opuszczę moje koronkowe spadochrony w dół. 

1. Nie mamy czterech lat. Wiemy, że żaba całowana nawet tysiąc razy nie zamieni się w księcia. Dlaczego więc ulegamy iluzji i wierzymy, że ludzie się zmieniają? Jeśli czujemy, że komuś na nas nie zależy, że nie jest w porządku w stosunku do nas, to dlaczego ufamy, że to się zmieni? Życie jest za krótkie na słabe jedzenie i toksycznych facetów*, nawet jeśli w grę wchodzi typ relacji inny niż damsko-męska. Głowa w górę, cyc do przodu i być może to pora na detoks.

2. Dlaczego czasem wolimy żyć dla innych ludzi niż dla siebie? Do pewnego wieku obsesyjnie bałam się tego, że ktoś pomyśli o mnie źle, że ktoś uzna, że jestem za brzydka, za głupia albo cokolwiek, co mnie ogromnie blokowało. Później uruchomił się we mnie socjopata-masochista, blokada opadła, a ja wszystko robiłam światu na przekór, bo wydawało mi się, że nawet jeśli ludzie myślą o mnie źle, to przynajmniej dzieje się to pod moją kontrolą. Byłam głupia w obu przypadkach. Teraz staram się o tym nie myśleć. Kimkolwiek bym nie była, jaka bym nie była, zawsze znajdzie się ktoś, kto mnie weźmie bez reszty. Nikt nie jest idealny, ale wielu z nas ma wady, które w oczach innych mogą okazać się zaletami.

3. Marzy nam się życie jak z kolorowych pism i seriali. Jasne, ja też bardzo chciałabym pasać kury z Lucjanem w Grabinie, ale bardziej mam na myśli to, jak bardzo wzorce z mediów wpływają na nasze życie. W prawdziwym świecie nikt nie zapieprza po mieszkaniu w butach, nie budzi się w pełnym makijażu i nie zawsze ma perfekcyjnie ogolone nogi. Niby proste, ale ciągle i wciąż oglądając niektóre instagramy czy błądząc po fejsie, mam nieodparte wrażenie, że pasuję do świata jak kwiatek do kożucha. Mijam na ulicy tylu pięknych ludzi, ale nikt nie wygląda tak, jak w mediach społecznościowych. Te ładne obrazki są jak rak, który opanował umysły. Oglądamy je i zamiast chwilowego zachwytu, dopada nas mania porównywania, a to wszystko za sprawą tego, że...

4. ...budujemy pewność siebie na niepewnym gruncie. Czy liczba facetów, którzy interesują się dziewczyną świadczy o jej wartości? Kilka lat temu odpowiedziałabym zdecydowanie, że tak. Dziś myślę zupełnie inaczej. Przyzwyczajajmy się do tego, że ludzie przychodzą i odchodzą. Czasem niesie nas tłum, a czasem nikt na nas nie spogląda. Czy to o czymś świadczy? Tak. O tym, że zmienne są okoliczności, ale my powinniśmy pozostać tacy sami. Dobre samopoczucie, jak wszystko, co dobre w życiu, zaczyna się od nas samych. Jeśli wiemy, że jest dobrze i mamy solidne poczucie własnej wartości, to choćby skały srały, nic nie jest w stanie nas ruszyć. Warto pomyśleć o sobie w dobrym świetle, bez szukania potwierdzenia w otoczeniu. Żadna porażka zawodowa czy odrzucone zaloty, jeśli mamy solidne fundamenty w tym, jak widzimy siebie, nie są nam groźne.

5. Panicznie boimy się samotności. O tak, większość moich znajomych pytana o to, czego najbardziej boi się w życiu, odpowiada, że samotności. To o tyle zaskakujące, że mimo różnych doświadczeń, wielu z nich nie widzi, że samotnym można być też w związku czy w tłumie przyjaciół. Myślę, choć to może niezbyt mądre, że samotności trzeba się uczyć i trzeba ją cenić. Bo jeśli nie umiemy być sami ze sobą, to jakim cudem możemy chcieć być z kimś innym?

*lub kobiety ofc

poniedziałek, 6 marca 2017

Wszyscy jesteśmy brzydalami!

Jestem co najmniej prawie pewna, że nie jestem jedyną osobą, która miewa takie dni, kiedy ma się wrażenie, że widok własnej twarzy w lustrze straszy. Takie dni, kiedy ma się ochotę zadzwonić do dra Szczyta i wykrzyczeć mu do słuchawki „bierz pan skalpel, botoksy, lasery i cho no tu szybko, bo umrę od tej brzydoty zaraz!”.  Ale nie, myję twarz i nakładam pierwszą warstwę podkładu, drugą warstwę podkładu, czwartą, piątą… dopóki nie zorientuję się, że od piętnastu minut powinnam być na uczelni i nie uznam, że trudno, ups, przepadło, dziś zostaję w domu, bo się już przecież nie wyrobię, a w głębi duszy zbijam piątkę z moim wewnętrznym cwaniakiem.

Nie jestem więc odpowiednią osobą, żeby pisać teksty poświęcone kompleksom czy walce z nimi. Makijaż towarzyszy każdemu mojemu wyjściu z domu od praktycznie ośmiu lat. Na samą myśl o tym, że mogłabym wyjść z domu bez makijażu, mam dreszcze i jestem przerażona. Od makijażu uzależniam to, jak się czuję w danej sytuacji. Czuję się więc tak, jak wyglądam. Trochę śmieszne, trochę głupie, trochę straszne. Ale zdarza się, na pewno nie jestem w tym odosobniona.

Długo zbierałam się do napisania tego tekstu, a do napisania go skłoniły mnie rozmowy z koleżankami, które miały podobne doświadczenia oraz programy telewizyjne poświęcone chirurgii plastycznej, które masowo chłonęłam w ostatnim czasie. Dlaczego postanowiłam o tym napisać? Bo chciałabym przestrzec wiele osób (a może nawet samą siebie) przed głupstwem dążenia do ideału, który w prawdziwym życiu nie istnieje.

Najgorszy dla mnie czas, najmroczniejszy wręcz, to czas od końca podstawówki do połowy gimnazjum. Z anorektycznie wręcz szczupłej dziewczynki zaczęła się robić mała kobieta, a mówiąc wprost: nagle, nie wiedzieć skąd, urosła mi dupa, co okazało się wielkim szokiem dla mnie samej i żadnym zaskoczeniem dla otoczenia. Dojrzewanie dotyczy przecież nas wszystkich, choć dla mnie okazało się uderzeniem w twarz. Przez kilkanaście lat zdążyłam się przyzwyczaić do swojego ciała, a tu nagle szok! Niedowierzanie! Co tu się odkurwia, drodzy państwo?!

Szybko zaczęłam sobie szukać kolejnych mankamentów, które spędzały mi sen z powiek i napełniały agresją do całego świata. Nie lubiłam budowy swojego ciała, struktury i koloru włosów, typu urody i nosa – tego zwłaszcza! Gdyby ktoś wtedy zaproponował mi korekcję nosa, skakałabym z radości. Dziś stałabym z zażenowaną miną i pukała się w czoło. Nie dlatego, że coś nagle mi się przestawiło w głowie i uznałam, że mój nos jest niesamowicie zgrabny, ale dlatego, że dojrzałam do tego, żeby wiedzieć, że mój nos jest mój i nie musi się nikomu podobać, to tylko nos, wielkie nieba!  Jennifer Grey po roli w „Dirty Dancing” zdecydowała się na korekcję swojego bardzo charakterystycznego nosa i cóż, okazało się, że z pięknej, charakterystycznej kobiety zrobiła się piękna posiadaczka nosa jak wszystkie inne ładne nosy; zbyt nijaka, żeby jej zaczęto oferować kolejne znaczące role.

Ale! – ale jest też druga strona medalu, bo zawsze jest przecież jakaś druga strona, którą w tym wypadku są modelki, którym operacje nosa (czy operacje czegokolwiek) rzeczywiście ułatwiają karierę. No świetnie, wszystko prawda, ale dla tych dziewczyn ich ciało nie jest jedynie narzędziem do życia, ale też narzędziem pracy. One mają rzeszę ludzi, którzy stoją za efektem, który widzimy na zdjęciach, i do którego zupełnie bez sensu się porównujemy. Wiem doskonale, jak dużo zmienia w fotografii zamazanie kilku niedoskonałości skóry czy nawet manipulowanie temperaturą czy nasyceniem kolorów. W przypadku zdjęć ładnych pań z instagrama i magazynów modowych w grę wchodzą znacznie bardziej skomplikowane zabiegi niż wyczyszczenie buzi czy zabawa kolorami. Tutaj dzieją się rzeczy szalone: cycki puchną, dupy maleją, brzuchy się rzeźbią, a zmarszczki znikają dzięki wielu, wielu kliknięciom ludzi przed ekranami komputerów.

Nie chciałabym być w tym momencie źle zrozumiana. Nie zachęcam nikogo, żeby zarzucił jakiekolwiek próby dbania o siebie i puścił się w bieg przez życie z radosnym „i tak jestem zajebisty!” na ustach. Nie, nie jesteś zajebisty/zajebista, ale kto jest? Wszyscy posiadamy jakieś wady, widoczne bardziej lub mniej. Jeśli utrudniają nam życie, są zagrożeniem dla naszego zdrowia, warto nad nimi pracować – jeśli są jednak jedynie czymś, co odróżnia nas od reszty – po co to robić? W życiu nie chodzi o to przecież, żeby być bezkrytycznym wobec siebie, ale o to, żeby wiedzieć, że inne nie znaczy gorsze. Nie chodzi też o to, żeby pewność siebie budować na tym, czy podobamy się reszcie świata. Idź więc na siłownię, jeśli masz na to ochotę, a jeśli nie, to tego nie rób. A może batonik? Śmiało, wszystkiego nie możesz sobie odmawiać!


Atrakcyjność jest sytuacyjna, jest magiczna. Atrakcyjność to szczegóły, na które składa się całość. W wielu osobach, które mogłyby mnie sobą zainteresować, jest wiele inności. Nie wystarczy dostać w twarz ładną buzią czy smukłą sylwetką, żeby uznać kogoś za atrakcyjnego. Atrakcyjność to jest to, jak my czujemy się ze sobą – a jeśli my czujemy się ze sobą dobrze, świat czuje się dobrze z nami! 

wtorek, 7 lutego 2017

Pomyliłam się, czyli jak przestałam kochać feminizm

Świetlicki się pomylił, wyborcy PiS się pomylili, pomyliłam się i ja. I choć nie będę stawać w szranki w pojedynku o tytuł najbardziej rozczarowującej i dającej w twarz pomyłki, bo dobrze wiemy, kto byłby zwycięzcą, postanowiłam zrobić sobie drobny rachunek sumienia.
Czy kiedykolwiek nazwałam siebie feministką, mając pełną świadomość tego, czym feminizm jest – raczej nie. Od kiedy stałam się dojrzalsza i – o zgrozo! mądrzejsza – podchodzę do tego tematu ostrożniej. Lubię mówić, że feminizuję, ale nie lubię gnieździć się w jednym worku z radykalistkami ruchów feministycznych. Feminizm to ideologia, która mnie pociąga i która jest mi bliska, ale która nie jest i nie będzie nadrzędnym celem mojej aktywności.

Pomyliłam się
Pomyliłam się, kiedy myślałam, że w całym tym zamieszaniu chodzi o to, żeby kobiety mogły się realizować, żeby mogły robić to, na co mają ochotę. Żeby mogły przeskoczyć to, co mężczyźni przeskoczyli wiele, wiele lat wcześniej, czyli to, co narzuca im kultura. I owszem, zdaje się, że mogłoby o to chodzić, gdyby nie fakt, że jest tyle interpretacji tych celów, ile kobiet. Bo nie chodzi zupełnie o to, by kobiety wszczęły bunt – nie, nie będziemy rodzić, nie będziemy wychowywać dzieci ani wychodzić za mąż, nie będziemy nosić makijażu, depilować się. Nie! Nie, my będziemy to robić, ale tylko wtedy, kiedy poczujemy na to ochotę. Bo są wśród nas te, dla których największym szczęściem jest założenie rodziny i oddanie się roli matki i żony, i nie ma w tym niczego złego. W całym tym zamęcie i fali agresji ktoś zapomniał o tym, że walka też jest kobietą i nie należy jej odbierać klasy.

„Zachowujesz się jak baba!”
No pewnie. Jestem kobietą, więc jestem beznadziejnym kierowcą, nie znam się na sporcie, ale za to umiem ulepić zajebiste pierogi. Pewnie jestem obrażalska, kłótliwa, a jak mam okres, to bez kija nie podchodź. Dużo myślę o kosmetykach i jestem na bieżąco z promocjami w odzieżówkach. Potrafię konkretnie określić kolor wszystkiego, na co natrafi mój wzrok, a kiedy widzę smutny film, to płaczę jak baba. Jak baba. I nawet jeśli część z tych rzeczy jest prawdą w moim przypadku, to nie jest żadną regułą w przypadku innych kobiet. I mogłabym dać sobie spokój z pisaniem reszty tekstu, a zamiast tego wymieniać imiona i nazwiska znajomych mi dziewczyn, które totalnie nie wpisują się w ten zasrany stereotyp, ale po co? Kobieta nie musi funkcjonować jako obraz słabości i nadwrażliwości. Dlaczego najgorszą obelgą dla mężczyzny jest zasugerowanie mu, że zachowuje się jak kobieta? Czy naprawdę jest coś złego w byciu kobietą?

„Uśmiechnie się pani i wszystko się załatwi!”
Problem z realizacją jakiegoś projektu na uczelni. Pan, którego usług potrzebujemy, nie ma czasu lub ochoty na to, żeby nam pomóc. Z radą światłą i błyskotliwą przybywa prowadzący: „Uśmiechnie się pani i po sprawie!”. Banalne rozwiązanie! Koledzy, znając problemy z opornymi usługodawcami, sugerują, że my to mamy łatwiej. Owszem, mamy, bo jaki to problem uśmiechnąć się, rzęsami pomachać i włosami zarzucić, nawet jeśli nie mam ochoty kokietować wąsatego starszego pana? To drobne upodlenie, na którym niczego nie tracę, to jedynie wierzchołek góry lodowej. Ta zupełnie błaha sytuacja pokazuje coś bardzo złego, co we wschodnim społeczeństwie jest smutną normą. Kobiety Europy Wschodniej są trzydzieści lat do tyłu za kobietami Europy Zachodniej, jeśli chodzi o kwestię wynagrodzenia i dyskryminacji przez pracodawców. W jednym z wywiadów obecna liderka FEMENu  mówi o tym, że na Ukrainie nikt nie chce zatrudniać kobiet na wyższych stanowiskach. Sugeruje się im, że skupianie się na karierze nie jest rzeczą kobiet, lub - zupełnie zwyczajnie - proponuje się kobietom stanowiska za seks. Dochodzi więc do sytuacji, kiedy potencjał kobiet, lata nauki i doświadczenia są niedoceniane, a jedyne, co ma znaczenie, to ciało. Kobieta nie jest traktowana jako podmiot, a jako przedmiot, a to już najwyższy rodzaj upodlenia. Warto jednak pozytywnie spojrzeć na tę kwestię, bo przecież zawsze pozostaje nam wybór: ściągamy majtki albo wracamy do domu.

Paskudne gęby z telewizji

„Solidarność” miała Wałęsę, SCLC miała Martina Luthera Kinga, a kogo mają polskie kobiety? Annę Zawadzką, która zasłynęła z bezsensownych prowokacji czy Katarzynę Bratkowską, która sama jest bezsensowną prowokacją? Normą jest, że polska telewizja ośmiesza osoby nieheteroseksualne, kiedy wpaja prostym, szarym ludziom obraz ludzi nieheteroseksualnych jako dziwadeł i odszczepieńców. Ale kiedy widzę, że pokazuje kolejne medialne dziwadła, sugerując, że takie właśnie są polskie feministki, otwiera mi się nóż w kieszeni. Bo nie jest nowością, że powodzenie każdej rewolty, sukces każdej partii politycznej czy popularność ideologii są w ogromnym stopniu zależne od tego, kto jest ich twarzą. Jeśli twarzą polskich feministek czy nawet kobiet w ogóle staje się ktoś, kto ośmiesza kobiety, nigdy nie dojdzie do zmian. Bo feminizm w takiej postaci, w jakiej promują go media, to cyrk. Cyrk, w którym żadna z nas nie chce być gwiazdą; którego żadna z nas nawet nie chce oglądać. 

sobota, 24 grudnia 2016

Sześć rzeczy, których nauczył mnie 2016 rok

Bob Dylan śpiewał kiedyś, że kto nie jest zajęty rodzeniem się, jest zajęty umieraniem. Natchnięta (nie wiem, czy jest takie słowo) tymi słowami, zdecydowałam się na coś ważnego. Ponieważ grudzień się kończy, a moim nowym postanowieniem noworocznym jest, żeby nie robić żadnych postanowień, wymyśliłam sobie rozliczenie z mijającym rokiem, który był hojny w doświadczenia nie tylko dla mnie, ale też dla wielu moich bliskich i przyjaciół, z których przygód skorzystałam, zapisując swoje przemyślenia. Zwracam się w nich przede wszystkim do siebie. Oby stały się dla mnie mantrą na przyszły rok. 
Oto lista sześciu rzeczy, których nauczył mnie 2016 rok:


1. Nie musisz być najlepsza, nie musisz nawet być dobra. Po prostu rób swoje, do cholery!
Pierwszy rok studiów upłynął mi pod znakiem walki ze sobą o to, czy bardziej chciałabym pokochać moje studia, czy bardziej chciałabym je porzucić. Już na początku boleśnie uświadomiłam sobie, że jestem lata świetlne za większością roku, że brak mi wiedzy, że prawdopodobnie mijam się z powołaniem, bez względu na to, czym w zasadzie miałoby to powołanie być. Zagubiona i przestraszona, zaczęłam powoli toczyć swój kamień i cóż, mamy już trzeci rok studiów, a ja od roku nie mam lęków. Nadal niechętnie pokazuję to, co robię w ramach zajęć, ale przynajmniej wiem, że pracuję nad sobą i dużo uczę się od innych. Robię swoje i jest dobrze.

2. Ciało ludzkie to maszyna do życia, a nie narzędzie do imponowania innym.
Maszyna, o którą należy dbać, i którą należy utrzymywać w zdrowiu i porządku. Ale nie należy przesadzać, bo nie ma ideałów; bo ludzie bliscy ideałom nie są autentyczni, bo to właśnie rysy sprawiają, że jesteśmy oryginalni i ciekawi. I może i mam żydowski nos, dupę wielkości Federacji Rosyjskiej i kilka innych wad, ale kogo to właściwie obchodzi? Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie mną zainteresowany, ale i ktoś, kto powie mi zdecydowanie „nie”, przesuwając mnie na tinderze w lewo. Atrakcyjność jest odczuciem sytuacyjnym i bardzo często w drobiazgach zauważam, jak bardzo ktoś jest dla mnie interesujący. Już jakiś czas temu mnie oświeciło, że wysocy, wysportowani i zwyczajnie ładni chłopcy są w mniejszości facetów, którzy byliby w stanie przyprawić mnie o szybsze bicie serca. O czymś to musi świadczyć.

3. Ludzie, z którymi nie umiem się dogadać, niekoniecznie muszą być idiotami.
Oprócz chemii partnerskiej, która pojawia się między ludźmi mającymi się ku sobie, jest jeszcze drugi rodzaj chemii – chemia towarzyska. Czasami zwyczajnie poznajesz kogoś i wiesz, że możesz spędzić z tą osobą kilkanaście godzin i wystarczy wam tematów na ten cały czas. Nie rozpatrujesz tej osoby w kategoriach „kandydat/ka na…”, po prostu się dogadujecie i jest fajnie. Są też tacy ludzie, z którymi zwykła rozmowa przywodzi na myśl zjeżdżanie dupą po nieheblowanej desce. Zupełny brak chemii i porozumienia. Zgubne jest też czasem poczucie, że dyskusja to jakiś rodzaj konfrontacji, z którego wychodzi się tylko jako wygrany lub przegrany. Czasem warto pomyśleć o tym, że dyskusja to świetna okazja na poszerzenie horyzontów i wymianę opinii. Długo się tego uczyłam i nadal czasem mam ochotę komuś przylutować, kiedy próbuje mnie nawracać na swoje racje. Ostatecznie zwykle macham na to ręką.

4. Nie warto popadać w egotyzm. Ludzie i tak prędzej będą cię potępiać niż podziwiać.
Czasami zachowuję się jak wariatka, jak każdy, a przynajmniej jak większość. Jakiś czas temu zauważyłam, że bez względu na skalę i szkodliwość tego, co wyprawiam, ludzie chętniej ganią mnie za drobne głupstwa, których się dopuściłam, zupełnie pomijając dobre i miłe rzeczy, których też od czasu do czasu dokonuję. Ludzie zawsze będą obniżać Twoją wartość. Bez względu na to, jak i czy w ogóle starasz się komukolwiek zaimponować, wiedz jedno – nie warto. Życie życiem, które jest układane pod innych, jest bez sensu. Rób swoje, nie rób nikomu krzywdy i sam dokonuj oceny swojego zachowania. Nie jesteś pępkiem świata – żyj dla siebie, ale i daj żyć.

5. Aerosmith to naprawdę kijowy zespół, ale „Dream On” to mistrzostwo świata.
Ostatnio nawet odkryłam, że rapsy też niekoniecznie są takie złe, jak myślałam. No cóż, może czasem warto przestać być hermetycznym. Trochę luzu nikomu nie zaszkodziło. No, nie licząc ludzi, którzy mają problem z nietrzymaniem moczu.

6. Naprawdę warto uczyć się na błędach innych.
Nie trzeba wpadać przy tym w paranoję, ale naprawdę wielu, wielu rzeczy można się nauczyć od innych ludzi. Nic nie jest tak wartościowe, jak ciągłe doświadczanie ludzi i słuchanie ich. Nie mówię o byciu sępem, żądnym i głodnym sensacji. Po prostu warto otworzyć się na to, co mają do powiedzenia inni, co ich wkurwia, a co ich cieszy. To potrafi być inspirujące. A wiem, co mówię, bo jako wzór egocentryzmu, bardzo ciężko przestawiam się na tryb słuchania innych. Więc cóż, jeśli ja mówię, że warto, to raczej na pewno warto. 


I to by było na tyle. Czy coś wyciągnęłam z tej nauki? I tak, i nie. Jestem bardzo krnąbrną uczennicą, ale uważam, że już sama świadomość pewnych spraw wpływa na to, jak odbieram rzeczywistość, i jak się w niej odnajduję. Czy coś. 

piątek, 18 listopada 2016

Załóżmy sobie hodowlę dzieci!

(Jak głupi i surrealistyczny nie wydawałby się tytuł tego posta w oczach osoby, która go właśnie czyta, muszę uprzedzić - nie jest tak głupi, jak się wydaje.)

Mam 21 lat i nie wierzę w idylle ani bajki. Nie wierzę w to, że są na świecie miejsca idealne, gdzie niepodzielnie panuje dobro. Nie wierzę w idealne okoliczności i sytuacje. Wierzę, że życie doświadcza wszystkich – mniej lub bardziej, ale lubię też myśleć, że zawsze dostajemy od życia nie więcej niż potrafimy unieść.

Mam jednak wrażenie, że przychodzi w życiu człowieka taki czas, kiedy można odczuć, jak dorosłość uderza nas w twarz. Ten moment to konfrontacja wyobrażeń z oczekiwaniami. Dla mnie był to czas, kiedy odkryłam, że świat dorosłych nie jest światem idealnym; że mądrość nie przychodzi z wiekiem, a dojrzałość nie jest efektem przekroczenia magicznej granicy między dzieciństwem a dorosłością. 

Na fali (nie do końca) ostatnich wydarzeń, czyli „czarnego protestu”, który ogarnął niemal cały kraj, nachodzi mnie pewna refleksja. Popieram ideę „czarnego protestu”, choć jestem w stanie zrozumieć tych, którzy stoją po stronie pro-life. Wszystkimi rządzi empatia i walka o życie. To niesamowite i piękne, choć tylko na pierwszy rzut oka, bo bez względu na to, po której stronie stawiam siebie, nurtuje mnie kwestia, która powinna być istotna w tym konflikcie, a która uparcie jest pomijana. Po obu stronach barykady przewija się temat walki o rodzinę. I – zasadniczo – mam wrażenie, że poniekąd jest to commune bonum dla obu stron konfliktu. Co więc jest nie tak?

Rodzina, jako podstawowa jednostka społeczna, jest kamieniem węgielnym w budowaniu społeczeństwa. Socjalizacja pierwotna, która ma miejsce w domu rodzinnym, kształtuje w nas przyszłych dorosłych. Proste jak budowa cepa, wiemy o tym wszyscy. Przechodzimy atmosferą domu rodzinnego, często powielając wybory czy zwyczaje domowników. Naszych rodzin nie stanowią ludzie idealni. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy; czasem dokonujemy złych wyborów i nie zawsze potrafimy sobie z tym poradzić. To wciąż normalne i ludzkie, choć nie zawsze bezpieczne.

Obsesyjna wręcz obserwacja ludzi doprowadziła mnie jednak do wniosku, że zdecydowana większość dorosłych, często także tych bliskich mi, nie powinna mieć dzieci. Nie twierdzę, że w ogóle. Przynajmniej nie w momencie, w którym to na nich spadło. Niewielu ludzi dojrzało do rodzicielstwa od razu i, być może, niewielu dojrzewa w ogóle.

Dlatego podziwiam i cenię sobie ludzi, którzy otwarcie przyznają, że nie chcą mieć dzieci lub zwyczajnie nie są gotowi na rodzicielstwo. Z braku chęci nie może wyniknąć nic dobrego, a presja społeczna wcale nie ułatwia wyboru. Sekret tkwi w świadomości, że nie wszyscy musimy mieć potomstwo i nie wszyscy musimy chcieć je mieć. W tym wypadku argumenty o samotności na starość czy o przysłowiowej „szklance wody”, której nie będzie komu nam podać w chwili słabości, są bzdurą. Nikt, kto pragnie dziecka z egoistycznych pobudek, nie będzie dobrym rodzicem. Strach prowadzi do frustracji, a rodzice-frustraci produkują kolejne pokolenia frustratów. To nie jest regułą, bo nic nią nie jest, ale w wielu przypadkach schemat się powtarza. Rozejrzyjcie się.

In vitro, które przez przeciwników tej metody jest okrzyknięte narzędziem produkcji ludzi, jest w konserwatywnym kraju zdetronizowane przez politykę prorodzinną z całym dobrodziejstwem świadczeń. Politycy zachęcają nas do zakładania rodzin i masowej produkcji dzieci, a państwowe pieniądze działają jak marchewka na kiju. Wielu z nas żartuje sobie, że rzuci studia i zajmie się „robieniem dzieci”. Ale kiedy żart staje się rzeczywistością, przestaje być śmiesznie.

Nie chcę indoktrynować, nie chcę zarażać nikogo antynatalizmem, bo wokół mnie jest wielu ludzi, którzy – świadomie lub mniej – pięknie odnaleźli się w roli rodziców.  Bo zasadą świadomego rodzicielstwa nie musi być świetny plan na teraz i na później – czasami w rolach matek najpiękniej odnajdują się młode dziewczyny, na które to spadło zupełnie niespodziewanie i, no cóż, niechcący – a najbardziej w roli rodziców dają dupy ci, którzy mieli wspaniałe wizje bycia rodzicami. Życie potrafi być piękne w swojej nieprzewidywalności.

Życiu jednak, jak przychylne by nie było dla nas, czasem trzeba pomóc. Taką pomocą mogłaby być edukacja seksualna w szkołach, ale i tak bardzo potrzebne merytoryczne przygotowanie ludzi, którzy w przyszłości mogą zostać rodzicami, czego ustawodawcy zdają się nie zauważać. Wielu z nas przygotowują do tego okoliczności, nad którymi nie mamy kontroli. Nikt nie zachęca nas, byśmy zastanowili się, czy stać nas, jako ludzi, na to by poświęcić się rodzicielstwu. Jesteśmy pod presją posiadania dzieci, bez refleksji nad tym, jakimi rodzicami powinniśmy być. Wielu z nas wspaniale wychowa dzieci, ale i wielu z nas to spieprzy.

Dlaczego o tym piszę i dlaczego tak mnie to boli? Bo widzę pewną okrutną rzecz w tym, co się teraz dzieje. Obecna sejmowa większość żeruje na obywatelach, proponując im kolejne świetne ustawy, zgodne z prowadzoną przez siebie polityką prorodzinną, próbując uzależnić ludzi od swojej władzy. Nie chodzi o dobro waszych dzieci, o dobrobyt i polepszenie czyichkolwiek warunków bytowych – chodzi o to, żeby pomachać ludziom marchewką na kiju. Program 500+ jest jak poskrom na społeczeństwo – w rękach hycla, jakim jest obecny rząd; hycla, który z uśmiechem podaje nam kiełbasę nafaszerowaną szkłem i opiłkami.