piątek, 15 marca 2019

Smutna dwunastolatka w mojej głowie


Naprawdę uwielbiam wszystkie te teksty o niezabijaniu w sobie dziecka, odwlekaniu dorosłości i o tym, że najlepiej w ogóle nigdy nie dorastać. Uwielbiam je, sama jestem dużym dzieckiem nie tylko przez wzgląd na moją infantylność czy wrażliwość, ale też dlatego, że naprawdę przeraża mnie dorosłość. Gdybym miała teraz opisać wszystkie sytuacje, kiedy zwijałam się w kłębek i opracowywałam plan, w którym rzucam studia, pracę i wypieprzam do mamci, to zabrakłoby mi na to miejsca w Internecie.

I jest to o tyle dziwne, że jako dziecko dziko wręcz nie mogłam się doczekać dorosłości. I zupełnie nie dlatego, że marzyło mi się, że będę w jakiś sposób niezależna i sama będę o sobie decydować. W ogóle nie myślałam o takich rzeczach. Ja po prostu w dzieciństwie totalnie nienawidziłam siebie. W tej swojej kilku-ledwo-nastoletniej głowie wymyśliłam sobie, że jestem bardzo brzydką dziewczynką i dopiero jak dorosnę, to wszystkie moje problemy się rozwiążą. Nie wiem, co sobie wyobrażałam. Może wydawało mi się, że nagle wyładnieję, może kosmetyki miały mi dodać urody, naprawdę nie pamiętam, ale nigdy nie zapomnę tego pragnienia bycia dorosłą.

I nie do końca się myliłam, bo dorosłość (albo wejście w próg dorosłości, bo dorosła chyba nigdy nie będę) coś mi jednak przyniosła. To odruch obojętności na swoje wady i pewna świadomość zalet. Pisałam już o tym, że w "dorosłym" życiu inaczej odbieram atrakcyjność i świadomość tego, że pociągają mnie nieidealni ludzie i totalnie kocham ich odstępstwa od kanonu, bardzo pomogła mi w akceptacji siebie. Wyjście z domu rodzinnego, pójście na studia i do pracy, poznawanie ludzi – to wszystko uczy nas jakiejś chociaż symbolicznej kontroli nad swoimi kompleksami. Poza tym, w momencie, kiedy zmieniają się okoliczności, zmienia się perspektywa. Kiedy musimy zdać sesję czy ogarnąć jakąś sytuację w pracy, to problem nieidealnego nosa ląduje gdzieś poza podium aktualnych problemów.

Ale, choć byłoby naprawdę zajebiście, nie jest do końca tak, że perspektywa się nam zmienia i przestajemy nagle myśleć o kompleksach. Nie ma opcji, żebym uwierzyła, że jest na tej sali ktoś zupełnie pozbawiony kompleksów. Każdy, nawet osoby z pewnością siebie wyjebaną w kosmos, ma te dni, kiedy patrzy w lustro i ma wrażenie, że twarz mu ktoś na drugą stronę wywrócił. I to jest zupełnie normalne. W takich sytuacjach ogarniamy dupę i wracamy do rzeczywistości, bo w dorosłym życiu nie jesteśmy pozbawieni kompleksów, my je po prostu sprawnie zagrzebujemy. A najgorsze w tym jest to, że wszystkie te obawy i złe myśli, które od dzieciństwa tak dzielnie chowamy, w późniejszym życiu przybierają postać wrednej dwunastolatki, która zamieszkuje nasze głowy.

To, co wydaje się super w dzieciach, w przypadku dwunastolatek w naszych głowach, staje się naszą zmorą – to ich brutalna, chamska szczerość. I zdarza się, że w sytuacji, która wymaga od nas odwagi, ryzyka czy samozaparcia – ta zasrana dwunastolatka między zwojami mózgowymi śpiewa piosenkę o tym, jak chujowi jesteśmy i jak bardzo nasz wysiłek nie ma sensu. I mogłabym godzinami opowiadać, ilu fajnych facetów spławiłam, bo moja dwunastolatka upierała się, że jestem zbyt średnia, żeby mnie traktować serio; ile fajnych pomysłów odpuściłam, bo i tak nic mi się nie może udać; ilu rzeczy nie napisałam na tym blogu, bo wydały mi się niewarte opisania. To ona co kilka miesięcy, kiedy już zbieram się do napisania czegokolwiek, mówi mi, że to nie ma sensu, bo ludzie mają gdzieś, co myślę i prowadzenie bloga jest totalną żenadą.

I staram się, bardzo staram się mieć ją w dupie. Bo patrzę na wielu fanstycznych ludzi w moim otoczeniu, których często skrycie podziwiam i szanuję. I widzę, że znajdują się kilka poziomów poniżej tego, na co ich stać. I kiedy o tym myślę, niemalże słyszę głos dwunastolatek, które zamieszkują ich głowy, a które pewnie w momentach decyzyjnych wykastrowały ich z marzeń i ambicji. I zupełnie rozumiem ten lęk związany z porażką, bo sama mogłabym napisać podręcznik płakania w kącie w sytuacjach, które są dla mnie nowe, nieprzewidywalne i niepewne.

I bardzo łatwo mi o tym wszystkim pisać, ale to ja, za każdym razem, kiedy w moim życiu pojawiała się perspektywa jakiejś istotnej zmiany, zwijałam się jak ślimak w środku, bo bałam się, że coś spierdolę. Na szczęście czasem zagłuszałam ten głos w mojej głowie i okazywało się często, że mam dobrych ludzi wokół siebie i nawet chcą ze mną rozmawiać; że może nie jestem najgłupszym człowiekiem na świecie, bo coś tam udało mi się ogarnąć. W takich sytuacjach odbudowywała się moja pewność siebie i zaczynałam funkcjonować. Bo na ogół przecież wiem, że jestem spoko, tylko czasem wątpliwości mnie wytrącają z tego poczucia.

No i nie jest też tak, że ta dwunastolatka to jakiś demon, który uparcie zatruwa nasze dusze. Czasem cieszę się, że jest, bo kiedy mam ją pod kontrolą, stopuje wiele moich durnych zapędów i zachowań. Bo zupełnie nie chodzi o to, żeby tę zakompleksioną dwunastolatkę w sobie zdusić. Myślę, że to nawet nie jest możliwe. Chodzi o to, żeby jej dać cukierka i wytłumaczyć, że nie jest wcale najbrzydszą dziewczynką na świecie, że ma głowę na karku, jest silna i całkiem niegłupia. Trzeba ją spróbować powoli oswoić.





poniedziałek, 24 grudnia 2018

Kolejny tekst o tym, jak trzeba żyć


Totalnie chciałabym, żeby wszystko w życiu działało tak, jak w moich fantazjach. Na przykład to, że piszę w CV o moich osiągnięciach życia, wliczając w to niezbyt systematyczne, choć wytrwałe prowadzenie bloga o niczym sensownym, 756 poziom w Candy Crush Saga i uprawnienia do udzielania sakramentalnych związków skarpetom, które straciły w praniu swoje pary. Po zerknięciu w papiery, potencjalny pracodawca spuszcza się nad moim życiorysem, szczęka mu opada i zostaję prezesem świata albo cesarzową półkuli, bo tak imponujące jest moje doświadczenie. Dodatkowo właśnie odkryłam dwie najważniejsze rzeczy na świecie: że szkoda czasu na szukanie skarpet do pary, a granie na kibelku w Candy Crush to sens życia. Czego chcieć więcej?

Ale w realnym życiu nic nie wygląda tak, jakbym tego chciała. Kiedy pięć lat temu wyprowadzałam się od mamy, wydawało mi się, że jestem turbo dorosła i byłam prawie pewna, że za kilka lat porwie mnie fala sukcesów zawodowych, że zostanę mistrzem kontaktów międzyludzkich, poznam jakiegoś skandynawskiego boga, który zwariuje na moim punkcie i wszystko będzie działać dokładnie tak, jak sobie zaplanowałam. Ale nic takiego się nie stało i nie stanie. Mogłoby się nawet wydawać, że w międzyczasie zrobiłam doktorat z rozczarowywania bliskich mi osób i pierdolenia wszystkich sensownych relacji, jakie miałam szansę przynajmniej zacząć budować. I trochę pewnie tak jest, ale z drugiej strony – kogo to właściwie obchodzi?

Piszę wszystkie te bzdury, bo wiem, że poza grupą ludzi w moim wieku, którzy mają super ogarnięte życia, przynajmniej wnioskując po obrazkach, które wstawiają na fejsa, są też ludzie tacy jak ja. I wiem, że jest nas sporo. I wiem, że czasem wracamy do domu i liczymy plamy na suficie, zastanawiając się, ile jeszcze rzeczy możemy spierdolić. Ile jeszcze razy usłyszymy, że to bardzo fajnie, że łączymy pracę ze studiami, ale dlaczego nie pracujemy w zawodzie; dlaczego nie mamy narzeczonego; sukcesów; tony hajsu i planów na dostatnie życie. No, dlaczego?

Dwa lata temu, kiedy zakładałam tego bloga, napisałam notkę z listą sześciu rzeczy, których nauczył mnie rok 2016. Myślę, że po dwóch latach nie ma sensu opracowywać kolejnej listy. Ostatnie dwa lata, a gdybym się zastanowiła, to i poprzednie, nauczyły mnie jednej najważniejszej rzeczy: ludzie przychodzą i odchodzą. Choćby skały srały, rzeczywistości nie da się odmienić, nie ma zaklęcia na przyjaźń, żaba całowana tysiąc razy nie stanie się księciem, a nazwanie kogoś przyjacielem nie sprawi, że nim się stanie. Więc skoro ludzie przychodzą i odchodzą – czy warto się nimi w ogóle przejmować?

Przecież zmieniamy się wraz z upływem czasu. Kilka lat temu miałam aspiracje, żeby być kimś super i robić sensowne rzeczy. Teraz chciałabym tylko mieć czas na spanko i regularne posiłki. Zaczęli mi się podobać inni faceci (ba, miałam moment, że myślałam, że podobają mi się dziewczyny), inne filmy, książki, muzyka, miejsca i cała reszta. I niby nadal jestem tą samą osobą, ale kręcą mnie nowe rzeczy i przejmuję się czymś innym niż wcześniej, a to sprawia, że zupełnie inaczej reaguję, myślę i mówię. To samo dzieje się z większością ludzi. Spotykamy się w pewnym momencie życia, ale wszyscy rozwijamy i zmieniamy się w swoich kierunkach. Nic dziwnego, że po jakimś czasie punkt, w którym się spotkaliśmy, nie istnieje. Nie mamy o czym rozmawiać, zaczynamy się mijać, rozczarowywać i czasem drażnić. I może moglibyśmy odpuścić sobie, puścić się wolno i iść każde w swoją stronę. Bez dramatów, konfliktów, wyrzutów i płaczu.

I to nawet mogłoby się udać, bo brzmi jak coś zajebiście łatwego w wykonaniu. Ale jest, mniej więcej, jak rzucanie palenia. Ten moment, kiedy stoisz na przystanku i czekasz na autobus – wiesz, że normalnie w tym momencie wyciągasz papieroska, ale nie tym razem, więc przez najdłuższe na świecie cztery minuty wali się świat, bo nie wiesz, co ze sobą zrobić. Ale przecież w końcu autobus przyjeżdża, wsiadasz i na chwilę przestajesz myśleć o chęci zapalenia. Z ludźmi jest jednak trochę inaczej.

Pomyśl, jak leżysz wieczorem w łóżku i wiesz, że w normalnych warunkach dostajesz o tej porze wiadomość z życzeniem dobrej nocy albo śmiesznym gifem, cokolwiek. Ale dziś ta osoba się nie odzywa. Więc leżysz z zamkniętymi oczami i wsłuchujesz się w ewentualne wibracje telefonu, mijają godziny, a wiadomość nigdy nie przychodzi. Nie ma autobusu, w którym przestajesz myśleć. Jest tylko cisza i czarny ekran, a w głowie myśl, że kolejny ktoś ma na ciebie wyjebane i co jest z tobą nie tak. A ludzie nadal przychodzą i odchodzą.

Wszystko jest z tobą w porządku. Nie jesteś maszynką do zadowalania wszystkich ludzi wokół, do spełniania wszystkich oczekiwań świata i robienia wszystkim dobrze. Jeśli ktoś nie chce z tobą gadać, no to trudno. Może punkt, w którym się spotkaliście, przestał istnieć, a może zwyczajnie nigdy go nie było. Nie ma sensu się stresować. Żadna znajomość nie jest cenniejsza od twojego komfortu i samooceny. Nawet przyjaźń z kimś turbo fajnym, jak Beata Kozidrak albo Magda Gessler. To działa w dwie strony. Może nie czujesz się dobrze z kimś i masz poczucie dyskomfortu, a przecież wcześniej było super i fajnie. Było. Ludzie przecież przychodzą i odchodzą. Puść to wolno.

Jacek Podsiadło napisał kiedyś taki wiersz, który nosił tytuł "Don't leave me" i zaczynał się od słów "Nie przestawaj mnie kochać. Ani na sekundę"*. To piękna naiwność. Bo chyba nie da się kochać kogoś zawsze. Bo niczego nie jesteśmy w stanie zaplanować, a już zwłaszcza uczuć. Nie możemy się też do niczego zmuszać, ani zmuszać do czegoś kogokolwiek. Bo może właśnie wypuszczamy kogoś ze swojego życia, żeby wpuścić do niego kogoś zupełnie nowego. I to jest właśnie najlepsze, że ludzie przychodzą i odchodzą. I nic na świecie nie jest w stanie tego zmienić.




*Młodszy Podsiadło, czyli Dawid, śpiewał później "Spotykałem cię codziennie, ale teraz, kiedy muszę, chętniej udałbym się spać", więc chyba przynajmniej jeden z dwóch zgodziłby się ze mną.

piątek, 7 września 2018

Dystans! Albo wszyscy zginiemy!


Naprawdę lubię chodzić na karaoke. To dosyć dziwne hobby, zwłaszcza że mój zupełny brak talentu wokalnego był jedną z wielu frustracji wieku dziewczęcego. Kiedy większość moich koleżanek śpiewała przynajmniej w miarę nieźle, ja nadal wydawałam z siebie stękająco-wyjące dźwięki. To nie przeszkadzało mi w wyśpiewywaniu z zaciszu domowym całego twórczego dobytku Maryli Rodowicz i Beaty Kozidrak razem wziętych. I choć pogodziłam się z moim brakiem talentu, to moja sympatia do muzyki pozostała. Jednak zupełnie nie dlatego tak bardzo lubię chodzić na karaoke. Najbardziej lubię w tym wszystkim to, że nieważne, jak i co śpiewasz – zawsze dostaniesz oklaski na koniec.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby to funkcjonowało w życiu codziennym, to świat byłby idealny. Wyobraź sobie wszystkie swoje obawy i lęki. Nieważne, czy boisz się odrzucenia czy upadku na ryj na prostej drodze. Pomyśl o tym, że potem wstajesz i wszyscy klaszczą. Wygłupiasz się, ale to nie jest ważne. Ważne, że podejmujesz próbę, że się podnosisz. Nawet jeśli masz złamane serce albo zdarte kolano – brawa za próbę. Tłum wiwatuje i uśmiecha się, a ty jesteś bohaterem, mimo śmieszności. No zajebiście!

Ale tak naprawdę wcale nie planowałam pisać o moich niespełnionych aspiracjach, tylko o prostych mądrościach podłapanych od mniej lub bardziej znajomych mi ludzi w różnych dziwnych okolicznościach, które uczą mnie dystansu. Życie daje super szkołę. Ludzie w klubach z karaoke nauczyli mnie tego, że moja ocena człowieka nie ma znaczenia. Nie powinno mieć dla mnie znaczenia też to, jak jestem oceniana. Jasne – to, jak jesteśmy widziani, jest w pewien sposób ważne, ale strach przed zażenowaniem nie może nas blokować, bo dopóki nie robimy nikomu krzywdy, jest dobrze. Żenadometr może przekroczyć skalę, ale dopóki nie ryzykujesz, nie masz szans na brawa. Może po prostu wystarczy zacząć mieć więcej wyrozumiałości dla innych – no i najważniejsze – dla siebie.

Mam taką fajną koleżankę, która kiedyś wytłumaczyła mi pewien schemat, który zakłada, że życie jest jak witraż. Wiadomo, jak wygląda witraż: mamy obrazek, który składa się z dziesiątek, setek lub tysięcy szkiełek. No i ten obrazek to jest życie, a szkiełka to rodzina, hobby, praca, przyjaciele, związki i masa innych rzeczy. Im więcej szkiełek w witrażu, tym lepiej, bo jeśli z jakiejś przyczyny jedno szkiełko zostanie wybite, to nadal ten obrazek jakoś się trzyma, opierając się na reszcie. Jeśli całe twoje życie to, dajmy na to, związek, to po wybiciu masz smutną, pustą ramkę. To jest tak kurewsko prosty schemat, że aż mnie zaskakuje, że tak trudny do zrealizowania.

Piszę bardzo oczywiste rzeczy dla większości, jeśli nie dla wszystkich ludzi i totalnie zdaję sobie z tego sprawę. Z drugiej strony to, co wydaje mi się w tym wszystkim ważne, to fakt, że sama wiedza to niewiele. Do momentu, kiedy nie zaczynasz praktykować myślenia o tym, to nic nie wniesie do twojego życia. I to nie jest wcale łatwe. Sama miałam ostatnio sytuację, kiedy upadłam na twarz na oczach sporej grupy ludzi. Byłam trzeźwa, co nie ułatwiało niczego. W takiej sytuacji powinnam, leżąc na ryju, pomyśleć o tym, że przecież życie to klub z karaoke i nieważne, że upadłam w najbardziej kretyński sposób, ale przecież zaraz wstanę i wszyscy będą klaskać. No właśnie nie, bo i tak uderzyła mnie fala zażenowania samą sobą. Ale to był moment, po którym otrzepałam kolana, poprawiłam rzęsy i wróciłam do życia. Przynajmniej mentalnie, bo kolano i łokieć nakurwiały niesamowicie jeszcze przez kilka dni.

Strach przed zażenowaniem albo wygłupieniem się blokuje nas wszystkich w jakiś sposób i nie wierzę, że czyta to ktoś, kto ma totalny dystans do rzeczywistości. W domu i w szkole nauczono nas życia swoim życiem, ale dla innych ludzi. Do tego dochodzi fakt, że jesteśmy społeczeństwem do szpiku cynicznym. Wszystko robimy ironicznie. Słuchamy Krzysztofa Krawczyka ironicznie i ironicznie oglądamy "Trudne sprawy" – nie wykazujemy przywiązania do niczego, bo przywiązanie obnaża wrażliwość, a wrażliwość jest dla słabych. A wiem, co mówię, bo jestem nadwrażliwa i będąc w Szkocji, płakałam, oglądając góry, bo takie ładne były i przez długie miesiące wolałam wmawiać sobie, że to hormony mi to zrobiły niż przyznać, że to zwykły ludzki zachwyt.

Kiedyś ktoś powiedział mi, że przegrywa ten, któremu zależy bardziej. I kilka lat temu byłabym w stanie się z tym zgodzić, ale później dotarło do mnie, że to nie do końca tak. Im bardziej ci zależy i im więcej serca wkładasz w to, co robisz i w ludzi, na których ci zależy, tym mocniej boli porażka. Im szybciej biegniesz, tym mocniej upadasz i tym mocniej boli. Wrażliwcy mają trudniej o tyle, że wszystko traktują bardzo serio i angażują się w całości. Dlatego często przywdziewają (jest w ogóle takie słowo?) płaszcz cynika i nabierają dystansu. Pozornie. Bo dobry dystans, o którym pisałam wyżej wynika ze świadomości czerpania z porażki, a dystans cynika to nic innego jak iluzja nieprzejmowania się i bycia ponad. 

Wrażliwość i zaangażowanie, jeśli je rozłożyć na wszystkie szkiełka, są super. Wkładasz w coś ogrom energii, szkiełko pęka, ale nadal masz jeszcze dziesiątki innych, na których możesz się skupić. Fantastycznie. Możesz być dziesięcioletnią mną i myśleć, że twoim szkiełkiem jest kariera muzyczna, a później szkiełko pęka, bo zwyczajnie nie umiesz śpiewać. Wszystkie próby, które nie doprowadziły mnie do niczego, wydają się śmieszne i żenujące. Każda piosenka wyśpiewana do butelki antyperspirantu wydaje się żenująca. Ale na moim witrażu jest też szkiełko z adresem bloga, którego właśnie czytasz; w którego wkładam sporo energii, bo nie spałam od dwóch dni. I okazuje się, że choć wiele prób kończy się fiaskiem, to są też takie, które mają jakikolwiek sens, skoro komuś chciało się kliknąć w link i doczytać do końca.



piątek, 17 sierpnia 2018

Świat, w którym kobieta


Mam nienajgorsze życie. Nie jest jakoś super fajne, ale nie mam raczej na co narzekać. Wyrosłam z odczuwania wielu negatywnych emocji. Staram się myśleć o ludziach dobrze albo w ogóle, co przy moim ciężkim charakterze choleryczki i awanturniczki nie jest wcale takie łatwe. Nie zawsze wychodzi. Pamiętam siebie sprzed sześciu, siedmiu, ośmiu lat i chociaż bardzo chciałabym mieć w sobie ten żar i pasję z tego okresu, to na pewno nie wróciłabym do negatywnych emocji, które wtedy mną miotały. Głupia odwaga, która uderzała do głowy jak bardzo tanie wino, na szczęście nigdy nie odbiła się czkawką. Wydawało mi się, że jestem w kontrze do całego świata, który może mi skoczyć. Że całe zło jest poza mną i mnie nie dotyczy. Pochodzę z małego miasta, gdzie gwałty i rozboje nie są częste, bo też warunki są niesprzyjające. Po zapadnięciu zmroku kończy się życie nocne, a wszyscy mieszkańcy chrapią unisono.

Od czterech lat żyję w nieco innej rzeczywistości. Zmieniło się otoczenie, bo chociaż Kraków nie jest wielkim miastem, to przez wzgląd na zaludnienie (przeludnienie, kurvva), zdaje się być ogromny. W ciągu tych czterech lat trzy razy natknęłam się na onanistów-ekshibicjonistów. Za każdym razem w biały dzień. Za każdym razem było to doświadczenie tyle obrzydliwe, co wstydliwe. I choć żaden w zasadzie nie zrobił mi realnej krzywdy, to nadal czuję dyskomfort, kiedy o tym myślę. Kraków to miasto pełne ludzi, a w tłumie nietrudno o odszczepieńców. Chociaż być może uogólniam, bo jestem tylko dziewczyną z małego miasteczka i dla kogoś innego to norma. Być może.

Moja dobra znajoma mówi, że my, dwudziestolatkowie, mamy kody na nieśmiertelność i bardzo chciałabym w to wierzyć. Mam 23 lata, więc przede mną jeszcze sporo fajnych, dziwnych, a może nawet popieprzonych lat. Jeśli założyć, że nic złego się nie stanie, że nikt nie zrobi mi krzywdy, że nie dojdzie do żadnego wypadku, który pozbawi mnie zdrowia lub życia. Kiedyś uznawałam swoją świetlaną przyszłość za coś pewnego, teraz miewam sporo wątpliwości, kiedy rozglądam się wokół. Świat nie jest dobrym miejscem, jeśli jest się młodym, jeśli jest się kobietą i jeśli chce się żyć. Ilekroć trafiam w sieci na informacje o tym, że jakaś młoda dziewczyna została skrzywdzona, porwana, zabita lub zgwałcona, omiatam wzrokiem komentarze ludzi, którzy piszą, że przecież sama to na siebie ściągnęła, bo jakim prawem szła sama wieczorem do domu; jakim prawem założyła spódnicę i umalowała się nieco mocniej niż zwykle. Jakim prawem miała czelność być młodą, ładną, towarzyską?

Jestem uparta, jeśli chodzi o moją niezależność i samodzielność. Pozwalam się odprowadzić do domu, ale zawsze podkreślam, że nie ma potrzeby, bo poradzę sobie sama. Trafiam na równie uparte typy, co ja i być może całe w tym szczęście. Bo kiedy miałam czternaście lat bałam się kosmitów i duchów, ale na szczęście przez te dziesięć lat nie porwał mnie żaden statek UFO ani nie nawiedził żaden duch. Teraz boję się ludzi i tego, że w ciemnej uliczce ktoś może złapać mnie za włosy i wpakować do busa jadącego cholera wie gdzie. Czy moje lęki są bezzasadne i czy jestem w nich osamotniona? Nie wiem, ale często trafiam na różnych grupach na fejsbuku na pytania od dziewczyn o to, gdzie i czy w ogóle mogą podróżować same, bo obawiają się zaczepek ze strony obcych mężczyzn. Te pytania skądś muszą się brać.

Kilka dni temu umówiłam się ze znajomymi na piwo w centrum, po którym wracałam do siebie nocnym autobusem na przystanek oddalony o niecały kilometr od mojego mieszkania. Nie wiem, czy byłam zbyt trzeźwa, by być odważna, czy mam jakąś pieprzoną manię prześladowczą, ale omal nie narobiłam pod siebie ze strachu. Każdy szmer, każda męska sylwetka na horyzoncie i każdy samochód przyprawiały mnie o ciarki. Szłam szybkim marszem, a w głowie migały mi nagłówki artykułów o zdarzeniach, które wydarzyły się w takich okolicznościach, w jakich akurat się znajdowałam. Do domu dotarłam pędem Korzeniowskiego, a po zamknięciu drzwi obiecałam sobie, że następnym razem zamówię ubera. Wliczam to doświadczenie w koszt bycia głupio odważną.

W wielu miastach przewoźnicy decydują się na wprowadzenie przedziałów tylko dla kobiet w metrze lub pociągach, ale to w żaden sposób nie zmienia skali problemu. Podróż metrem to kilka, kilkanaście minut z dwudziestu czterech godzin. O ile podczas takiej podróży nikt nie poklepie żadnej kobiety po tyłku, to po wyjściu z wagonu ktoś inny może wciągnąć ją w pobliskie krzaki. Nie zakładam też, że wszyscy mężczyźni to potencjalni oprawcy, ale wszystkie kobiety są potencjalnymi ofiarami. Bo jeśli znalazł się nastolatek, który zgwałcił staruszkę modlącą się w kościele, to nie sądzę, by w tym przypadku argumenty o jej nieprzyzwoitym zachowaniu czy niestosownym ubiorze znalazły miejsce. Możemy mydlić sobie oczy nadal i żartować z takich zdarzeń albo szukać winnych we wszystkich poza tymi, którzy zawinili, ale to od dziesięcioleci nie doprowadza nas do niczego. 

Dziś zaczęłam o tym myśleć i zastanawiać się, czy moi koledzy też mają takie myśli. Czy im też zdarza się bać? Niewiele słyszy się o przemocy seksualnej wobec mężczyzn, o ich porywaniu czy wykorzystywaniu. Nie umniejszam mężczyznom, bo przez znikomą ilość przypadków, często są odosobnieni w swoich doświadczeniach i przez to w walce o sprawiedliwość, bo jak baba bije chłopa, to nie ona jest durna, tylko on – tak przynajmniej myśli spora część społeczeństwa. Niemniej – skala przemocy wobec kobiet jest zatrważająca i paraliżująca. Masłowska w jednym z wywiadów powiedziała, że o kobietach mówi się jak o mięsie. I często bywamy mięsem, nawet armatnim, nawiązując do Czarnego Protestu. Dlaczego tak jest? Skoro żyjemy w czasach, gdzie każde pierdnięcie jest śledzone w sieci, to dlaczego mamy skrzętnie chować nasze ciała i najlepiej nie wystawiać nosa za próg domu wieczorami? Czy to my powinnyśmy uważać na świat, czy to świat powinien się zmienić w jakiś sposób?

poniedziałek, 21 maja 2018

A kiedy ktoś cię poprosi do tańca, to nie odmawiaj, bo to brzydko!



Lubię myśleć, że doświadczam w życiu prawdziwego luksusu, jakim jest spotykanie na swojej drodze odpowiednich ludzi. Nie ze wszystkimi mogę się polubić. Ze zdecydowaną większością nie łapię chemii towarzyskiej, część mnie zwyczajnie drażni, ale to nie zmienia faktu, że od każdego zabieram coś, co ma mniejszy lub większy wpływ na mnie. Ludzie potrafią być fajni. A już w ogóle najbardziej na świecie wzrusza mnie, kiedy potrafią być bezinteresownie zaangażowani w pomoc innym albo zwyczajnie, tak po ludzku dobrzy. 

Trochę ostatnio gadam z dziewczynami. Nie są to pseudointeligenckie wielogodzinne dysputy, które prowokują oświecone wypowiedzi i błyskotliwe refleksje. Nie siadamy nad winem, nie odtwarzamy scen z "Seksu w wielkim mieście" ubrane w sukienki nadmiernie obcisłe i ciut przykrótkie, by były wygodne, a stłumione światło lamp nie ślizga się po naszych idealnie wydepilowanych nogach. To bardziej takie moje spontaniczne gromadzenie reakcji na różne zdarzenia – kolekcjonuję je jako przyjemne olśnienia. I wiecie co? Ja naprawdę kocham kobiety. Ale równie mocno, co je kocham, jestem na nie wkurwiona. Bo parafrazując klasyka – kobiety kobietom zgotowały ten los.

Wkurza mnie, że całe to nasze wyzwolenie, emancypacja i solidarność jajników zawsze muszą mieć jakieś granice. Strasznie podobają się nam te wszystkie ruchy z ciałopozytywnością w nazwie. Wkurza mnie, że podziwiam kobiety, które pokazują zdjęcia nieogolonych części swojego ciała, ale sama w życiu nie posunęłabym się do takiej śmiałości. Nie ośmieliłabym się "zaniedbać", bo to przecież nie wypada. Faceci nie lubią zapuszczonych dziewczyn, a dziewczyny lubią podobać się facetom. Żeby tego było mało, Internet nie ułatwia: "Dziewięć fryzur, które podobają się facetom", "Typy kobiet, które podobają się facetom", "Trzy trendy na lato, które na pewno spodobają się facetom". Skóra mi cierpnie na całym ciele i jest mi niedobrze. Już nawet nie dlatego, że według autorek tych bredni na starość pożrą mnie koty, ale dlatego, że to kobiety kobietom to robią.

Nie lubię siebie za to, że naprawdę widzę coś super w tych wszystkich ruchach na rzecz akceptacji swojego ciała. Cieszę się, że jest tyle kobiet, które pokazują, że nie ma niczego złego w fałdkach na brzuchu, w asymetrii ciała, w owłosieniu, w zmarszczkach. Uwielbiam swoje rozstępy na pośladkach – są naprawdę bardzo ładne, ale uwielbiam też moje sztuczne rzęsy i paznokcie. Bogu dziękuję za staniki push-up i wielkie jak spadochrony majtki wyszczuplające, ale coraz częściej traktuję je jako opcję, a nie konieczność. Bo ja naprawdę lubię te wszystkie gadżety – gdybym była facetem, pewnie byłabym transseksualna. Ciągle jednak uczę się tego, że to tylko przedmioty, które ostatecznie nie mają wpływu na to, jaką kobietą jestem.

Albo z innej beczki: ostatnio znajomy pyta, czy się z kimś teraz spotykam. Mówię, że nie. On kwituje, że faceci teraz to pizdy* i pewnie są ślepi. Po jakimś czasie dotarło do mnie, że w zamyśle autora to miał być komplement. Przymykam oko, ale nadal nie widzę w tych słowach niczego przyjemnego. Widzę w nich stereotyp, który zakłada, że każda samotna dziewczyna jest niechciana, że wybór należy do mężczyzny, a ja się mogę najwyżej prężyć na półce w tym markecie zwanym "Życie" i czekać na kogoś, kto mnie łaskawie weźmie do koszyczka zwanego "Relacja". Jestem bardzo młoda, ale ta sytuacja lawiną ściąga na mnie wiele wspomnień. "A jeśli ktoś cię poprosi do tańca, to nie odmawiaj, bo to brzydko!" - dźwięczą mi w uszach zasłyszane kiedyś słowa mojej mamy, a za nimi kolejne sytuacje – jak chociażby ta, kiedy koleżanka nie potrafi powiedzieć chłopakowi "nie", bo nie chce wyjść na złą i niewdzięczną.

Nie jesteśmy łaskawe ani w ocenie samych siebie, ani w ocenie innych dziewczyn. Ta z bogatym doświadczeniem seksualnym to zwykła kurwa, ta z mniejszym to pospolita cnotka. Nie możemy być ładne i mądre jednocześnie. Ta ze sztucznymi rzęsami musi być osiedlową loszką (to o mnie, hehe), a ta bez makijażu to pewnie nudna pipa bez życia towarzyskiego. Dojrzałe kobiety nie lubią młodych, bo mają tę ulotną świeżość. Młode nie lubią dojrzałych, bo są widmem tego, co je czeka po utracie młodości. Nasze dupy są zawsze albo za małe, albo za duże; włosy za krótkie, zbyt kręcone. Makijaż mógłby być mniej lub bardziej intensywny. Jak nam nie wstyd ubrać się tak, że widać nam bieliznę, a wałki tłuszczu odznaczają się pod obcisłym ubraniem? Wciąż dbamy o siebie za bardzo lub za mało. To się nigdy nie kończy. Czy w ogóle warto?

A teraz Ty, osobo, która to właśnie czytasz.
Bez względu na płeć, na kolor i krój majtek.
Spójrz na siebie.
Gdzieś tam jest ktoś, kto totalnie nie widzi tych wszystkich rzeczy, których w sobie nie lubisz i kocha Cię mimo wszystko.
TYLKO GO W SOBIE OBUDŹ!





*bardzo mnie bawią te wszystkie niemiłe określenia, które odnoszą się do narządów kobiecych; dla mnie to żadna obraza, bo nie przyjmuję nawiązań do rzekomej "słabości" kobiet - proszę sobie dla równowagi wyobrazić krwiożerczą waginę, taką "pizdą" każdy chciałby być! 

sobota, 2 grudnia 2017

Okres! Uwaga! Ratunku! Pomocy!

Gdybym dostawała dychę za każdym razem, kiedy ktoś na moje gorsze dni reaguje pytaniem o to, czy mam okres, to może nadal nie jeździłabym Porsche, ale mogłabym sobie spokojnie pozwolić na Matiza. Gdybym dostawała kolejną dychę za każdym razem, kiedy czuję paraliżujące zażenowanie, gdy ktoś zauważa podpaski przebijające się przez zwały syfu i innych skarbów w mojej torebce, to pewnie mój Matiz byłby tak stuningowany, że do setki rozpędzałby się w mgnieniu oka. I kiedyś pewnie nawet bym żałowała tego, że nie wzbogacam się w tak łatwy (choć nieprzyjemny) sposób, ale teraz z herbem Podpaska na tarczy mam zamiar walczyć o to, żeby żadna z nas nie czuła się zażenowana tym, co jest do bólu (sic!) normalne.


Jeśli miewam gorszy humor, a wiadomo, że miewam, to tylko dlatego, że mam taki, a nie inny charakter i naprawdę rzadko ma to jakikolwiek związek z moim cyklem. Grupa kobiet, u których zespół napięcia przedmiesiączkowego ma znaczny wpływ na zachowanie, jest niewielka. Nieco bardziej liczna jest grupa kobiet, u których w grę wchodzi autosugestia i nakręcanie się na zły humor przed lub w trakcie miesiączki. Reszta, wiadomo, nie jest szczególnie szczęśliwa, ale kto byłby ze świadomością tego, że kanalizacja mu przecieka i komfort codziennego funkcjonowania jest zaburzony, bo...

Bo, no właśnie, to wcale nie wygląda jak na reklamach, że ładna pani w białych spodniach zakłada tę czy tamtą podpaskę lub tampon i nagle może fruwać, latać, cuda wyrabiać. Dziwny, syntetyczny niebieski płyn z jej pochwy zostaje magicznie zaabsorbowany przez super chłonną rzecz i, uwaga, pani z reklamy zostaje uwolniona z okowów okresu, i może robić takie szalone i spontaniczne rzeczy, jak przymiarki ubrań w sklepach odzieżowych, których, jak sugeruje reklama, mając okres, nie powinna robić. A przecież okres to nie opętanie ani choroba psychiczna, która trzyma nas w odizolowaniu. Okej, umówmy się, że przechodzenie miesiączki nie jest fajne ani przyjemne. Brzuch boli, plecy bolą, wszystko boli. Do tego te obrzydliwe podpaski i krew, no właśnie...

Krew! Jakiś czas temu producent podpasek Bodyform wypuścił reklamę, w której po raz pierwszy w historii widzimy czerwony płyn, który budzi jasne skojarzenia z krwią. Klip wieńczy nadzwyczaj trafna puenta "Okres jest czymś normalnym. Pokazywanie go również powinno". Internet zawrzał. No tak, jeśli pokazujemy krew w reklamie podpasek, to może jeszcze pokażmy kupę w reklamie pieluch! Nie żeby na połowie filmów o tematyce wojennej czy innych szmir w typie kina akcji ekrany nie spływały "krwią" – no właśnie, krwią, a nie niebieską mazią. Czy tylko ja zauważam, że jedyną różnicą jest fakt, że krew na filmach tryska z ran, a ta w reklamie wycieka sobie spokojnie z pochwy?

Czyli co, wychodzi na to, że problemem jest pochwa? No, halo – wszyscyśmy tę drogę przebyli, przedzierając się na ten świat. Niektórzy nawet, co leży w ich naturze, pałają wrodzonym zamiłowaniem do jej zwiedzania (puszczam do Was oko, Panowie!). Skąd więc ten strach? Skąd to obrzydzenie, które wprawia nas w niechęć do własnego ciała w te dni*? 

Próbuję pytać sama siebie. Bo, choć jestem dosyć bezpruderyjna jeśli chodzi o mówienie o miesiączce, to nadal zdarzają się sytuacje, kiedy mam ochotę zapaść się pod ziemię. Na przykład wtedy, kiedy konsultuję z promotorem mój projekt dyplomowy, który dotyczy tabu, jakim jest miesiączka. I choć bardzo go szanuję, to ilekroć słyszę, jak szuka synonimów dla słów podpaska czy tampon, nazywając je "tymi rzeczami" (Rzeczy, których nazwy nie można wymawiać!, hehe), to krew mnie zalewa (tym razem w przenośni). Bo dlaczego dorosły facet, który jest mężem i ojcem, tak bardzo boi się tego tematu? 

Bo wychodzi na to, że kobiece narządy rozrodcze są w naszym społeczeństwie napiętnowane. Bo, rzeczywiście, ilekroć przypominam sobie z dzieciństwa (czyli z wczoraj), jak dorośli w mojej rodzinie czy otoczeniu rozmawiali o problemach zdrowotnych związanych z kobiecą fizjologią, tylekroć padało enigmatyczne hasło "kobiece sprawy". Tak, jakby rak piersi, torbiele na jajnikach czy PCOS to były przejawy jakiejś strasznej klątwy albo kary, tajemniczo nazywanej "kobiecymi sprawami". Dla przeciwwagi - nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek w moim otoczeniu tabuizował coś takiego jak chociażby problemy z prostatą.

Dlaczego piszę to wszystko? - bo uważam, że to zabawne, ale tylko do momentu, kiedy jest niegroźne. Stygmatyzowanie pewnych procesów biologicznych uwłacza ludziom cywilizowanym. Bo okres, choć nie jest niczym przyjemnym, jest czymś w stu procentach naturalnym, jak inne procesy, które zachodzą w naszym organizmie i musimy się z tym pogodzić. Bo choć mogłabym oddać wszystkie Matizy świata, żeby nie mieć okresu, to natury nie oszukam i muszę żyć z tym, czym zostałam obdarzona. Chciałabym jednak - a myślę, że to nie jest wiele - czuć, że natura stworzyła mnie inną niż połowa populacji, ale nie do końca gorszą.


*"te dni" to mój ulubiony wygibas językowy, jeśli chodzi o reklamy podpasek - jak gdyby narrator nie mógł użyć w reklamie słowa okres czy miesiączka 

piątek, 16 czerwca 2017

5 przykładów na to, że wszyscy trochę jesteśmy idiotami


Pewnie powinnam zacząć od tego, że nie mam zamiaru nikogo obrazić, a tekst ma charakter satyryczny (tu dodaję taktyczne "hehe", żeby nie było) i nie twierdzę, że mam rację. Albo inaczej - w tym przypadku bardzo chciałabym nie mieć racji. Do pisania zabierałam się długo, bo piszę nie tylko na podstawie obserwacji, ale i własnych doświadczeń, a to jest zawsze trochę jak publiczne ściąganie majtek. A wiadomo jak jest ze ściąganiem majtek - ktoś zaklaszcze z radością, a inny ktoś z oburzeniem będzie dzwonił po bagiety. Niemniej, jak śpiewał klasyk, "życie to są chwile, chwile", więc tym razem zaryzykuję i przed tymi kilkoma osobami, które tu wejdą, opuszczę moje koronkowe spadochrony w dół. 

1. Nie mamy czterech lat. Wiemy, że żaba całowana nawet tysiąc razy nie zamieni się w księcia. Dlaczego więc ulegamy iluzji i wierzymy, że ludzie się zmieniają? Jeśli czujemy, że komuś na nas nie zależy, że nie jest w porządku w stosunku do nas, to dlaczego ufamy, że to się zmieni? Życie jest za krótkie na słabe jedzenie i toksycznych facetów*, nawet jeśli w grę wchodzi typ relacji inny niż damsko-męska. Głowa w górę, cyc do przodu i być może to pora na detoks.

2. Dlaczego czasem wolimy żyć dla innych ludzi niż dla siebie? Do pewnego wieku obsesyjnie bałam się tego, że ktoś pomyśli o mnie źle, że ktoś uzna, że jestem za brzydka, za głupia albo cokolwiek, co mnie ogromnie blokowało. Później uruchomił się we mnie socjopata-masochista, blokada opadła, a ja wszystko robiłam światu na przekór, bo wydawało mi się, że nawet jeśli ludzie myślą o mnie źle, to przynajmniej dzieje się to pod moją kontrolą. Byłam głupia w obu przypadkach. Teraz staram się o tym nie myśleć. Kimkolwiek bym nie była, jaka bym nie była, zawsze znajdzie się ktoś, kto mnie weźmie bez reszty. Nikt nie jest idealny, ale wielu z nas ma wady, które w oczach innych mogą okazać się zaletami.

3. Marzy nam się życie jak z kolorowych pism i seriali. Jasne, ja też bardzo chciałabym pasać kury z Lucjanem w Grabinie, ale bardziej mam na myśli to, jak bardzo wzorce z mediów wpływają na nasze życie. W prawdziwym świecie nikt nie zapieprza po mieszkaniu w butach, nie budzi się w pełnym makijażu i nie zawsze ma perfekcyjnie ogolone nogi. Niby proste, ale ciągle i wciąż oglądając niektóre instagramy czy błądząc po fejsie, mam nieodparte wrażenie, że pasuję do świata jak kwiatek do kożucha. Mijam na ulicy tylu pięknych ludzi, ale nikt nie wygląda tak, jak w mediach społecznościowych. Te ładne obrazki są jak rak, który opanował umysły. Oglądamy je i zamiast chwilowego zachwytu, dopada nas mania porównywania, a to wszystko za sprawą tego, że...

4. ...budujemy pewność siebie na niepewnym gruncie. Czy liczba facetów, którzy interesują się dziewczyną świadczy o jej wartości? Kilka lat temu odpowiedziałabym zdecydowanie, że tak. Dziś myślę zupełnie inaczej. Przyzwyczajajmy się do tego, że ludzie przychodzą i odchodzą. Czasem niesie nas tłum, a czasem nikt na nas nie spogląda. Czy to o czymś świadczy? Tak. O tym, że zmienne są okoliczności, ale my powinniśmy pozostać tacy sami. Dobre samopoczucie, jak wszystko, co dobre w życiu, zaczyna się od nas samych. Jeśli wiemy, że jest dobrze i mamy solidne poczucie własnej wartości, to choćby skały srały, nic nie jest w stanie nas ruszyć. Warto pomyśleć o sobie w dobrym świetle, bez szukania potwierdzenia w otoczeniu. Żadna porażka zawodowa czy odrzucone zaloty, jeśli mamy solidne fundamenty w tym, jak widzimy siebie, nie są nam groźne.

5. Panicznie boimy się samotności. O tak, większość moich znajomych pytana o to, czego najbardziej boi się w życiu, odpowiada, że samotności. To o tyle zaskakujące, że mimo różnych doświadczeń, wielu z nich nie widzi, że samotnym można być też w związku czy w tłumie przyjaciół. Myślę, choć to może niezbyt mądre, że samotności trzeba się uczyć i trzeba ją cenić. Bo jeśli nie umiemy być sami ze sobą, to jakim cudem możemy chcieć być z kimś innym?

*lub kobiety ofc