poniedziałek, 21 maja 2018

A kiedy ktoś cię poprosi do tańca, to nie odmawiaj, bo to brzydko!



Lubię myśleć, że doświadczam w życiu prawdziwego luksusu, jakim jest spotykanie na swojej drodze odpowiednich ludzi. Nie ze wszystkimi mogę się polubić. Ze zdecydowaną większością nie łapię chemii towarzyskiej, część mnie zwyczajnie drażni, ale to nie zmienia faktu, że od każdego zabieram coś, co ma mniejszy lub większy wpływ na mnie. Ludzie potrafią być fajni. A już w ogóle najbardziej na świecie wzrusza mnie, kiedy potrafią być bezinteresownie zaangażowani w pomoc innym albo zwyczajnie, tak po ludzku dobrzy. 

Trochę ostatnio gadam z dziewczynami. Nie są to pseudointeligenckie wielogodzinne dysputy, które prowokują oświecone wypowiedzi i błyskotliwe refleksje. Nie siadamy nad winem, nie odtwarzamy scen z "Seksu w wielkim mieście" ubrane w sukienki nadmiernie obcisłe i ciut przykrótkie, by były wygodne, a stłumione światło lamp nie ślizga się po naszych idealnie wydepilowanych nogach. To bardziej takie moje spontaniczne gromadzenie reakcji na różne zdarzenia – kolekcjonuję je jako przyjemne olśnienia. I wiecie co? Ja naprawdę kocham kobiety. Ale równie mocno, co je kocham, jestem na nie wkurwiona. Bo parafrazując klasyka – kobiety kobietom zgotowały ten los.

Wkurza mnie, że całe to nasze wyzwolenie, emancypacja i solidarność jajników zawsze muszą mieć jakieś granice. Strasznie podobają się nam te wszystkie ruchy z ciałopozytywnością w nazwie. Wkurza mnie, że podziwiam kobiety, które pokazują zdjęcia nieogolonych części swojego ciała, ale sama w życiu nie posunęłabym się do takiej śmiałości. Nie ośmieliłabym się "zaniedbać", bo to przecież nie wypada. Faceci nie lubią zapuszczonych dziewczyn, a dziewczyny lubią podobać się facetom. Żeby tego było mało, Internet nie ułatwia: "Dziewięć fryzur, które podobają się facetom", "Typy kobiet, które podobają się facetom", "Trzy trendy na lato, które na pewno spodobają się facetom". Skóra mi cierpnie na całym ciele i jest mi niedobrze. Już nawet nie dlatego, że według autorek tych bredni na starość pożrą mnie koty, ale dlatego, że to kobiety kobietom to robią.

Nie lubię siebie za to, że naprawdę widzę coś super w tych wszystkich ruchach na rzecz akceptacji swojego ciała. Cieszę się, że jest tyle kobiet, które pokazują, że nie ma niczego złego w fałdkach na brzuchu, w asymetrii ciała, w owłosieniu, w zmarszczkach. Uwielbiam swoje rozstępy na pośladkach – są naprawdę bardzo ładne, ale uwielbiam też moje sztuczne rzęsy i paznokcie. Bogu dziękuję za staniki push-up i wielkie jak spadochrony majtki wyszczuplające, ale coraz częściej traktuję je jako opcję, a nie konieczność. Bo ja naprawdę lubię te wszystkie gadżety – gdybym była facetem, pewnie byłabym transseksualna. Ciągle jednak uczę się tego, że to tylko przedmioty, które ostatecznie nie mają wpływu na to, jaką kobietą jestem.

Albo z innej beczki: ostatnio znajomy pyta, czy się z kimś teraz spotykam. Mówię, że nie. On kwituje, że faceci teraz to pizdy* i pewnie są ślepi. Po jakimś czasie dotarło do mnie, że w zamyśle autora to miał być komplement. Przymykam oko, ale nadal nie widzę w tych słowach niczego przyjemnego. Widzę w nich stereotyp, który zakłada, że każda samotna dziewczyna jest niechciana, że wybór należy do mężczyzny, a ja się mogę najwyżej prężyć na półce w tym markecie zwanym "Życie" i czekać na kogoś, kto mnie łaskawie weźmie do koszyczka zwanego "Relacja". Jestem bardzo młoda, ale ta sytuacja lawiną ściąga na mnie wiele wspomnień. "A jeśli ktoś cię poprosi do tańca, to nie odmawiaj, bo to brzydko!" - dźwięczą mi w uszach zasłyszane kiedyś słowa mojej mamy, a za nimi kolejne sytuacje – jak chociażby ta, kiedy koleżanka nie potrafi powiedzieć chłopakowi "nie", bo nie chce wyjść na złą i niewdzięczną.

Nie jesteśmy łaskawe ani w ocenie samych siebie, ani w ocenie innych dziewczyn. Ta z bogatym doświadczeniem seksualnym to zwykła kurwa, ta z mniejszym to pospolita cnotka. Nie możemy być ładne i mądre jednocześnie. Ta ze sztucznymi rzęsami musi być osiedlową loszką (to o mnie, hehe), a ta bez makijażu to pewnie nudna pipa bez życia towarzyskiego. Dojrzałe kobiety nie lubią młodych, bo mają tę ulotną świeżość. Młode nie lubią dojrzałych, bo są widmem tego, co je czeka po utracie młodości. Nasze dupy są zawsze albo za małe, albo za duże; włosy za krótkie, zbyt kręcone. Makijaż mógłby być mniej lub bardziej intensywny. Jak nam nie wstyd ubrać się tak, że widać nam bieliznę, a wałki tłuszczu odznaczają się pod obcisłym ubraniem? Wciąż dbamy o siebie za bardzo lub za mało. To się nigdy nie kończy. Czy w ogóle warto?

A teraz Ty, osobo, która to właśnie czytasz.
Bez względu na płeć, na kolor i krój majtek.
Spójrz na siebie.
Gdzieś tam jest ktoś, kto totalnie nie widzi tych wszystkich rzeczy, których w sobie nie lubisz i kocha Cię mimo wszystko.
TYLKO GO W SOBIE OBUDŹ!





*bardzo mnie bawią te wszystkie niemiłe określenia, które odnoszą się do narządów kobiecych; dla mnie to żadna obraza, bo nie przyjmuję nawiązań do rzekomej "słabości" kobiet - proszę sobie dla równowagi wyobrazić krwiożerczą waginę, taką "pizdą" każdy chciałby być! 

sobota, 2 grudnia 2017

Okres! Uwaga! Ratunku! Pomocy!

Gdybym dostawała dychę za każdym razem, kiedy ktoś na moje gorsze dni reaguje pytaniem o to, czy mam okres, to może nadal nie jeździłabym Porsche, ale mogłabym sobie spokojnie pozwolić na Matiza. Gdybym dostawała kolejną dychę za każdym razem, kiedy czuję paraliżujące zażenowanie, gdy ktoś zauważa podpaski przebijające się przez zwały syfu i innych skarbów w mojej torebce, to pewnie mój Matiz byłby tak stuningowany, że do setki rozpędzałby się w mgnieniu oka. I kiedyś pewnie nawet bym żałowała tego, że nie wzbogacam się w tak łatwy (choć nieprzyjemny) sposób, ale teraz z herbem Podpaska na tarczy mam zamiar walczyć o to, żeby żadna z nas nie czuła się zażenowana tym, co jest do bólu (sic!) normalne.


Jeśli miewam gorszy humor, a wiadomo, że miewam, to tylko dlatego, że mam taki, a nie inny charakter i naprawdę rzadko ma to jakikolwiek związek z moim cyklem. Grupa kobiet, u których zespół napięcia przedmiesiączkowego ma znaczny wpływ na zachowanie, jest niewielka. Nieco bardziej liczna jest grupa kobiet, u których w grę wchodzi autosugestia i nakręcanie się na zły humor przed lub w trakcie miesiączki. Reszta, wiadomo, nie jest szczególnie szczęśliwa, ale kto byłby ze świadomością tego, że kanalizacja mu przecieka i komfort codziennego funkcjonowania jest zaburzony, bo...

Bo, no właśnie, to wcale nie wygląda jak na reklamach, że ładna pani w białych spodniach zakłada tę czy tamtą podpaskę lub tampon i nagle może fruwać, latać, cuda wyrabiać. Dziwny, syntetyczny niebieski płyn z jej pochwy zostaje magicznie zaabsorbowany przez super chłonną rzecz i, uwaga, pani z reklamy zostaje uwolniona z okowów okresu, i może robić takie szalone i spontaniczne rzeczy, jak przymiarki ubrań w sklepach odzieżowych, których, jak sugeruje reklama, mając okres, nie powinna robić. A przecież okres to nie opętanie ani choroba psychiczna, która trzyma nas w odizolowaniu. Okej, umówmy się, że przechodzenie miesiączki nie jest fajne ani przyjemne. Brzuch boli, plecy bolą, wszystko boli. Do tego te obrzydliwe podpaski i krew, no właśnie...

Krew! Jakiś czas temu producent podpasek Bodyform wypuścił reklamę, w której po raz pierwszy w historii widzimy czerwony płyn, który budzi jasne skojarzenia z krwią. Klip wieńczy nadzwyczaj trafna puenta "Okres jest czymś normalnym. Pokazywanie go również powinno". Internet zawrzał. No tak, jeśli pokazujemy krew w reklamie podpasek, to może jeszcze pokażmy kupę w reklamie pieluch! Nie żeby na połowie filmów o tematyce wojennej czy innych szmir w typie kina akcji ekrany nie spływały "krwią" – no właśnie, krwią, a nie niebieską mazią. Czy tylko ja zauważam, że jedyną różnicą jest fakt, że krew na filmach tryska z ran, a ta w reklamie wycieka sobie spokojnie z pochwy?

Czyli co, wychodzi na to, że problemem jest pochwa? No, halo – wszyscyśmy tę drogę przebyli, przedzierając się na ten świat. Niektórzy nawet, co leży w ich naturze, pałają wrodzonym zamiłowaniem do jej zwiedzania (puszczam do Was oko, Panowie!). Skąd więc ten strach? Skąd to obrzydzenie, które wprawia nas w niechęć do własnego ciała w te dni*? 

Próbuję pytać sama siebie. Bo, choć jestem dosyć bezpruderyjna jeśli chodzi o mówienie o miesiączce, to nadal zdarzają się sytuacje, kiedy mam ochotę zapaść się pod ziemię. Na przykład wtedy, kiedy konsultuję z promotorem mój projekt dyplomowy, który dotyczy tabu, jakim jest miesiączka. I choć bardzo go szanuję, to ilekroć słyszę, jak szuka synonimów dla słów podpaska czy tampon, nazywając je "tymi rzeczami" (Rzeczy, których nazwy nie można wymawiać!, hehe), to krew mnie zalewa (tym razem w przenośni). Bo dlaczego dorosły facet, który jest mężem i ojcem, tak bardzo boi się tego tematu? 

Bo wychodzi na to, że kobiece narządy rozrodcze są w naszym społeczeństwie napiętnowane. Bo, rzeczywiście, ilekroć przypominam sobie z dzieciństwa (czyli z wczoraj), jak dorośli w mojej rodzinie czy otoczeniu rozmawiali o problemach zdrowotnych związanych z kobiecą fizjologią, tylekroć padało enigmatyczne hasło "kobiece sprawy". Tak, jakby rak piersi, torbiele na jajnikach czy PCOS to były przejawy jakiejś strasznej klątwy albo kary, tajemniczo nazywanej "kobiecymi sprawami". Dla przeciwwagi - nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek w moim otoczeniu tabuizował coś takiego jak chociażby problemy z prostatą.

Dlaczego piszę to wszystko? - bo uważam, że to zabawne, ale tylko do momentu, kiedy jest niegroźne. Stygmatyzowanie pewnych procesów biologicznych uwłacza ludziom cywilizowanym. Bo okres, choć nie jest niczym przyjemnym, jest czymś w stu procentach naturalnym, jak inne procesy, które zachodzą w naszym organizmie i musimy się z tym pogodzić. Bo choć mogłabym oddać wszystkie Matizy świata, żeby nie mieć okresu, to natury nie oszukam i muszę żyć z tym, czym zostałam obdarzona. Chciałabym jednak - a myślę, że to nie jest wiele - czuć, że natura stworzyła mnie inną niż połowa populacji, ale nie do końca gorszą.


*"te dni" to mój ulubiony wygibas językowy, jeśli chodzi o reklamy podpasek - jak gdyby narrator nie mógł użyć w reklamie słowa okres czy miesiączka 

piątek, 16 czerwca 2017

5 przykładów na to, że wszyscy trochę jesteśmy idiotami


Pewnie powinnam zacząć od tego, że nie mam zamiaru nikogo obrazić, a tekst ma charakter satyryczny (tu dodaję taktyczne "hehe", żeby nie było) i nie twierdzę, że mam rację. Albo inaczej - w tym przypadku bardzo chciałabym nie mieć racji. Do pisania zabierałam się długo, bo piszę nie tylko na podstawie obserwacji, ale i własnych doświadczeń, a to jest zawsze trochę jak publiczne ściąganie majtek. A wiadomo jak jest ze ściąganiem majtek - ktoś zaklaszcze z radością, a inny ktoś z oburzeniem będzie dzwonił po bagiety. Niemniej, jak śpiewał klasyk, "życie to są chwile, chwile", więc tym razem zaryzykuję i przed tymi kilkoma osobami, które tu wejdą, opuszczę moje koronkowe spadochrony w dół. 

1. Nie mamy czterech lat. Wiemy, że żaba całowana nawet tysiąc razy nie zamieni się w księcia. Dlaczego więc ulegamy iluzji i wierzymy, że ludzie się zmieniają? Jeśli czujemy, że komuś na nas nie zależy, że nie jest w porządku w stosunku do nas, to dlaczego ufamy, że to się zmieni? Życie jest za krótkie na słabe jedzenie i toksycznych facetów*, nawet jeśli w grę wchodzi typ relacji inny niż damsko-męska. Głowa w górę, cyc do przodu i być może to pora na detoks.

2. Dlaczego czasem wolimy żyć dla innych ludzi niż dla siebie? Do pewnego wieku obsesyjnie bałam się tego, że ktoś pomyśli o mnie źle, że ktoś uzna, że jestem za brzydka, za głupia albo cokolwiek, co mnie ogromnie blokowało. Później uruchomił się we mnie socjopata-masochista, blokada opadła, a ja wszystko robiłam światu na przekór, bo wydawało mi się, że nawet jeśli ludzie myślą o mnie źle, to przynajmniej dzieje się to pod moją kontrolą. Byłam głupia w obu przypadkach. Teraz staram się o tym nie myśleć. Kimkolwiek bym nie była, jaka bym nie była, zawsze znajdzie się ktoś, kto mnie weźmie bez reszty. Nikt nie jest idealny, ale wielu z nas ma wady, które w oczach innych mogą okazać się zaletami.

3. Marzy nam się życie jak z kolorowych pism i seriali. Jasne, ja też bardzo chciałabym pasać kury z Lucjanem w Grabinie, ale bardziej mam na myśli to, jak bardzo wzorce z mediów wpływają na nasze życie. W prawdziwym świecie nikt nie zapieprza po mieszkaniu w butach, nie budzi się w pełnym makijażu i nie zawsze ma perfekcyjnie ogolone nogi. Niby proste, ale ciągle i wciąż oglądając niektóre instagramy czy błądząc po fejsie, mam nieodparte wrażenie, że pasuję do świata jak kwiatek do kożucha. Mijam na ulicy tylu pięknych ludzi, ale nikt nie wygląda tak, jak w mediach społecznościowych. Te ładne obrazki są jak rak, który opanował umysły. Oglądamy je i zamiast chwilowego zachwytu, dopada nas mania porównywania, a to wszystko za sprawą tego, że...

4. ...budujemy pewność siebie na niepewnym gruncie. Czy liczba facetów, którzy interesują się dziewczyną świadczy o jej wartości? Kilka lat temu odpowiedziałabym zdecydowanie, że tak. Dziś myślę zupełnie inaczej. Przyzwyczajajmy się do tego, że ludzie przychodzą i odchodzą. Czasem niesie nas tłum, a czasem nikt na nas nie spogląda. Czy to o czymś świadczy? Tak. O tym, że zmienne są okoliczności, ale my powinniśmy pozostać tacy sami. Dobre samopoczucie, jak wszystko, co dobre w życiu, zaczyna się od nas samych. Jeśli wiemy, że jest dobrze i mamy solidne poczucie własnej wartości, to choćby skały srały, nic nie jest w stanie nas ruszyć. Warto pomyśleć o sobie w dobrym świetle, bez szukania potwierdzenia w otoczeniu. Żadna porażka zawodowa czy odrzucone zaloty, jeśli mamy solidne fundamenty w tym, jak widzimy siebie, nie są nam groźne.

5. Panicznie boimy się samotności. O tak, większość moich znajomych pytana o to, czego najbardziej boi się w życiu, odpowiada, że samotności. To o tyle zaskakujące, że mimo różnych doświadczeń, wielu z nich nie widzi, że samotnym można być też w związku czy w tłumie przyjaciół. Myślę, choć to może niezbyt mądre, że samotności trzeba się uczyć i trzeba ją cenić. Bo jeśli nie umiemy być sami ze sobą, to jakim cudem możemy chcieć być z kimś innym?

*lub kobiety ofc

poniedziałek, 6 marca 2017

Wszyscy jesteśmy brzydalami!

Jestem co najmniej prawie pewna, że nie jestem jedyną osobą, która miewa takie dni, kiedy ma się wrażenie, że widok własnej twarzy w lustrze straszy. Takie dni, kiedy ma się ochotę zadzwonić do dra Szczyta i wykrzyczeć mu do słuchawki „bierz pan skalpel, botoksy, lasery i cho no tu szybko, bo umrę od tej brzydoty zaraz!”.  Ale nie, myję twarz i nakładam pierwszą warstwę podkładu, drugą warstwę podkładu, czwartą, piątą… dopóki nie zorientuję się, że od piętnastu minut powinnam być na uczelni i nie uznam, że trudno, ups, przepadło, dziś zostaję w domu, bo się już przecież nie wyrobię, a w głębi duszy zbijam piątkę z moim wewnętrznym cwaniakiem.

Nie jestem więc odpowiednią osobą, żeby pisać teksty poświęcone kompleksom czy walce z nimi. Makijaż towarzyszy każdemu mojemu wyjściu z domu od praktycznie ośmiu lat. Na samą myśl o tym, że mogłabym wyjść z domu bez makijażu, mam dreszcze i jestem przerażona. Od makijażu uzależniam to, jak się czuję w danej sytuacji. Czuję się więc tak, jak wyglądam. Trochę śmieszne, trochę głupie, trochę straszne. Ale zdarza się, na pewno nie jestem w tym odosobniona.

Długo zbierałam się do napisania tego tekstu, a do napisania go skłoniły mnie rozmowy z koleżankami, które miały podobne doświadczenia oraz programy telewizyjne poświęcone chirurgii plastycznej, które masowo chłonęłam w ostatnim czasie. Dlaczego postanowiłam o tym napisać? Bo chciałabym przestrzec wiele osób (a może nawet samą siebie) przed głupstwem dążenia do ideału, który w prawdziwym życiu nie istnieje.

Najgorszy dla mnie czas, najmroczniejszy wręcz, to czas od końca podstawówki do połowy gimnazjum. Z anorektycznie wręcz szczupłej dziewczynki zaczęła się robić mała kobieta, a mówiąc wprost: nagle, nie wiedzieć skąd, urosła mi dupa, co okazało się wielkim szokiem dla mnie samej i żadnym zaskoczeniem dla otoczenia. Dojrzewanie dotyczy przecież nas wszystkich, choć dla mnie okazało się uderzeniem w twarz. Przez kilkanaście lat zdążyłam się przyzwyczaić do swojego ciała, a tu nagle szok! Niedowierzanie! Co tu się odkurwia, drodzy państwo?!

Szybko zaczęłam sobie szukać kolejnych mankamentów, które spędzały mi sen z powiek i napełniały agresją do całego świata. Nie lubiłam budowy swojego ciała, struktury i koloru włosów, typu urody i nosa – tego zwłaszcza! Gdyby ktoś wtedy zaproponował mi korekcję nosa, skakałabym z radości. Dziś stałabym z zażenowaną miną i pukała się w czoło. Nie dlatego, że coś nagle mi się przestawiło w głowie i uznałam, że mój nos jest niesamowicie zgrabny, ale dlatego, że dojrzałam do tego, żeby wiedzieć, że mój nos jest mój i nie musi się nikomu podobać, to tylko nos, wielkie nieba!  Jennifer Grey po roli w „Dirty Dancing” zdecydowała się na korekcję swojego bardzo charakterystycznego nosa i cóż, okazało się, że z pięknej, charakterystycznej kobiety zrobiła się piękna posiadaczka nosa jak wszystkie inne ładne nosy; zbyt nijaka, żeby jej zaczęto oferować kolejne znaczące role.

Ale! – ale jest też druga strona medalu, bo zawsze jest przecież jakaś druga strona, którą w tym wypadku są modelki, którym operacje nosa (czy operacje czegokolwiek) rzeczywiście ułatwiają karierę. No świetnie, wszystko prawda, ale dla tych dziewczyn ich ciało nie jest jedynie narzędziem do życia, ale też narzędziem pracy. One mają rzeszę ludzi, którzy stoją za efektem, który widzimy na zdjęciach, i do którego zupełnie bez sensu się porównujemy. Wiem doskonale, jak dużo zmienia w fotografii zamazanie kilku niedoskonałości skóry czy nawet manipulowanie temperaturą czy nasyceniem kolorów. W przypadku zdjęć ładnych pań z instagrama i magazynów modowych w grę wchodzą znacznie bardziej skomplikowane zabiegi niż wyczyszczenie buzi czy zabawa kolorami. Tutaj dzieją się rzeczy szalone: cycki puchną, dupy maleją, brzuchy się rzeźbią, a zmarszczki znikają dzięki wielu, wielu kliknięciom ludzi przed ekranami komputerów.

Nie chciałabym być w tym momencie źle zrozumiana. Nie zachęcam nikogo, żeby zarzucił jakiekolwiek próby dbania o siebie i puścił się w bieg przez życie z radosnym „i tak jestem zajebisty!” na ustach. Nie, nie jesteś zajebisty/zajebista, ale kto jest? Wszyscy posiadamy jakieś wady, widoczne bardziej lub mniej. Jeśli utrudniają nam życie, są zagrożeniem dla naszego zdrowia, warto nad nimi pracować – jeśli są jednak jedynie czymś, co odróżnia nas od reszty – po co to robić? W życiu nie chodzi o to przecież, żeby być bezkrytycznym wobec siebie, ale o to, żeby wiedzieć, że inne nie znaczy gorsze. Nie chodzi też o to, żeby pewność siebie budować na tym, czy podobamy się reszcie świata. Idź więc na siłownię, jeśli masz na to ochotę, a jeśli nie, to tego nie rób. A może batonik? Śmiało, wszystkiego nie możesz sobie odmawiać!


Atrakcyjność jest sytuacyjna, jest magiczna. Atrakcyjność to szczegóły, na które składa się całość. W wielu osobach, które mogłyby mnie sobą zainteresować, jest wiele inności. Nie wystarczy dostać w twarz ładną buzią czy smukłą sylwetką, żeby uznać kogoś za atrakcyjnego. Atrakcyjność to jest to, jak my czujemy się ze sobą – a jeśli my czujemy się ze sobą dobrze, świat czuje się dobrze z nami! 

wtorek, 7 lutego 2017

Pomyliłam się, czyli jak przestałam kochać feminizm

Świetlicki się pomylił, wyborcy PiS się pomylili, pomyliłam się i ja. I choć nie będę stawać w szranki w pojedynku o tytuł najbardziej rozczarowującej i dającej w twarz pomyłki, bo dobrze wiemy, kto byłby zwycięzcą, postanowiłam zrobić sobie drobny rachunek sumienia.
Czy kiedykolwiek nazwałam siebie feministką, mając pełną świadomość tego, czym feminizm jest – raczej nie. Od kiedy stałam się dojrzalsza i – o zgrozo! mądrzejsza – podchodzę do tego tematu ostrożniej. Lubię mówić, że feminizuję, ale nie lubię gnieździć się w jednym worku z radykalistkami ruchów feministycznych. Feminizm to ideologia, która mnie pociąga i która jest mi bliska, ale która nie jest i nie będzie nadrzędnym celem mojej aktywności.

Pomyliłam się
Pomyliłam się, kiedy myślałam, że w całym tym zamieszaniu chodzi o to, żeby kobiety mogły się realizować, żeby mogły robić to, na co mają ochotę. Żeby mogły przeskoczyć to, co mężczyźni przeskoczyli wiele, wiele lat wcześniej, czyli to, co narzuca im kultura. I owszem, zdaje się, że mogłoby o to chodzić, gdyby nie fakt, że jest tyle interpretacji tych celów, ile kobiet. Bo nie chodzi zupełnie o to, by kobiety wszczęły bunt – nie, nie będziemy rodzić, nie będziemy wychowywać dzieci ani wychodzić za mąż, nie będziemy nosić makijażu, depilować się. Nie! Nie, my będziemy to robić, ale tylko wtedy, kiedy poczujemy na to ochotę. Bo są wśród nas te, dla których największym szczęściem jest założenie rodziny i oddanie się roli matki i żony, i nie ma w tym niczego złego. W całym tym zamęcie i fali agresji ktoś zapomniał o tym, że walka też jest kobietą i nie należy jej odbierać klasy.

„Zachowujesz się jak baba!”
No pewnie. Jestem kobietą, więc jestem beznadziejnym kierowcą, nie znam się na sporcie, ale za to umiem ulepić zajebiste pierogi. Pewnie jestem obrażalska, kłótliwa, a jak mam okres, to bez kija nie podchodź. Dużo myślę o kosmetykach i jestem na bieżąco z promocjami w odzieżówkach. Potrafię konkretnie określić kolor wszystkiego, na co natrafi mój wzrok, a kiedy widzę smutny film, to płaczę jak baba. Jak baba. I nawet jeśli część z tych rzeczy jest prawdą w moim przypadku, to nie jest żadną regułą w przypadku innych kobiet. I mogłabym dać sobie spokój z pisaniem reszty tekstu, a zamiast tego wymieniać imiona i nazwiska znajomych mi dziewczyn, które totalnie nie wpisują się w ten zasrany stereotyp, ale po co? Kobieta nie musi funkcjonować jako obraz słabości i nadwrażliwości. Dlaczego najgorszą obelgą dla mężczyzny jest zasugerowanie mu, że zachowuje się jak kobieta? Czy naprawdę jest coś złego w byciu kobietą?

„Uśmiechnie się pani i wszystko się załatwi!”
Problem z realizacją jakiegoś projektu na uczelni. Pan, którego usług potrzebujemy, nie ma czasu lub ochoty na to, żeby nam pomóc. Z radą światłą i błyskotliwą przybywa prowadzący: „Uśmiechnie się pani i po sprawie!”. Banalne rozwiązanie! Koledzy, znając problemy z opornymi usługodawcami, sugerują, że my to mamy łatwiej. Owszem, mamy, bo jaki to problem uśmiechnąć się, rzęsami pomachać i włosami zarzucić, nawet jeśli nie mam ochoty kokietować wąsatego starszego pana? To drobne upodlenie, na którym niczego nie tracę, to jedynie wierzchołek góry lodowej. Ta zupełnie błaha sytuacja pokazuje coś bardzo złego, co we wschodnim społeczeństwie jest smutną normą. Kobiety Europy Wschodniej są trzydzieści lat do tyłu za kobietami Europy Zachodniej, jeśli chodzi o kwestię wynagrodzenia i dyskryminacji przez pracodawców. W jednym z wywiadów obecna liderka FEMENu  mówi o tym, że na Ukrainie nikt nie chce zatrudniać kobiet na wyższych stanowiskach. Sugeruje się im, że skupianie się na karierze nie jest rzeczą kobiet, lub - zupełnie zwyczajnie - proponuje się kobietom stanowiska za seks. Dochodzi więc do sytuacji, kiedy potencjał kobiet, lata nauki i doświadczenia są niedoceniane, a jedyne, co ma znaczenie, to ciało. Kobieta nie jest traktowana jako podmiot, a jako przedmiot, a to już najwyższy rodzaj upodlenia. Warto jednak pozytywnie spojrzeć na tę kwestię, bo przecież zawsze pozostaje nam wybór: ściągamy majtki albo wracamy do domu.

Paskudne gęby z telewizji

„Solidarność” miała Wałęsę, SCLC miała Martina Luthera Kinga, a kogo mają polskie kobiety? Annę Zawadzką, która zasłynęła z bezsensownych prowokacji czy Katarzynę Bratkowską, która sama jest bezsensowną prowokacją? Normą jest, że polska telewizja ośmiesza osoby nieheteroseksualne, kiedy wpaja prostym, szarym ludziom obraz ludzi nieheteroseksualnych jako dziwadeł i odszczepieńców. Ale kiedy widzę, że pokazuje kolejne medialne dziwadła, sugerując, że takie właśnie są polskie feministki, otwiera mi się nóż w kieszeni. Bo nie jest nowością, że powodzenie każdej rewolty, sukces każdej partii politycznej czy popularność ideologii są w ogromnym stopniu zależne od tego, kto jest ich twarzą. Jeśli twarzą polskich feministek czy nawet kobiet w ogóle staje się ktoś, kto ośmiesza kobiety, nigdy nie dojdzie do zmian. Bo feminizm w takiej postaci, w jakiej promują go media, to cyrk. Cyrk, w którym żadna z nas nie chce być gwiazdą; którego żadna z nas nawet nie chce oglądać. 

sobota, 24 grudnia 2016

Sześć rzeczy, których nauczył mnie 2016 rok

Bob Dylan śpiewał kiedyś, że kto nie jest zajęty rodzeniem się, jest zajęty umieraniem. Natchnięta (nie wiem, czy jest takie słowo) tymi słowami, zdecydowałam się na coś ważnego. Ponieważ grudzień się kończy, a moim nowym postanowieniem noworocznym jest, żeby nie robić żadnych postanowień, wymyśliłam sobie rozliczenie z mijającym rokiem, który był hojny w doświadczenia nie tylko dla mnie, ale też dla wielu moich bliskich i przyjaciół, z których przygód skorzystałam, zapisując swoje przemyślenia. Zwracam się w nich przede wszystkim do siebie. Oby stały się dla mnie mantrą na przyszły rok. 
Oto lista sześciu rzeczy, których nauczył mnie 2016 rok:


1. Nie musisz być najlepsza, nie musisz nawet być dobra. Po prostu rób swoje, do cholery!
Pierwszy rok studiów upłynął mi pod znakiem walki ze sobą o to, czy bardziej chciałabym pokochać moje studia, czy bardziej chciałabym je porzucić. Już na początku boleśnie uświadomiłam sobie, że jestem lata świetlne za większością roku, że brak mi wiedzy, że prawdopodobnie mijam się z powołaniem, bez względu na to, czym w zasadzie miałoby to powołanie być. Zagubiona i przestraszona, zaczęłam powoli toczyć swój kamień i cóż, mamy już trzeci rok studiów, a ja od roku nie mam lęków. Nadal niechętnie pokazuję to, co robię w ramach zajęć, ale przynajmniej wiem, że pracuję nad sobą i dużo uczę się od innych. Robię swoje i jest dobrze.

2. Ciało ludzkie to maszyna do życia, a nie narzędzie do imponowania innym.
Maszyna, o którą należy dbać, i którą należy utrzymywać w zdrowiu i porządku. Ale nie należy przesadzać, bo nie ma ideałów; bo ludzie bliscy ideałom nie są autentyczni, bo to właśnie rysy sprawiają, że jesteśmy oryginalni i ciekawi. I może i mam żydowski nos, dupę wielkości Federacji Rosyjskiej i kilka innych wad, ale kogo to właściwie obchodzi? Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie mną zainteresowany, ale i ktoś, kto powie mi zdecydowanie „nie”, przesuwając mnie na tinderze w lewo. Atrakcyjność jest odczuciem sytuacyjnym i bardzo często w drobiazgach zauważam, jak bardzo ktoś jest dla mnie interesujący. Już jakiś czas temu mnie oświeciło, że wysocy, wysportowani i zwyczajnie ładni chłopcy są w mniejszości facetów, którzy byliby w stanie przyprawić mnie o szybsze bicie serca. O czymś to musi świadczyć.

3. Ludzie, z którymi nie umiem się dogadać, niekoniecznie muszą być idiotami.
Oprócz chemii partnerskiej, która pojawia się między ludźmi mającymi się ku sobie, jest jeszcze drugi rodzaj chemii – chemia towarzyska. Czasami zwyczajnie poznajesz kogoś i wiesz, że możesz spędzić z tą osobą kilkanaście godzin i wystarczy wam tematów na ten cały czas. Nie rozpatrujesz tej osoby w kategoriach „kandydat/ka na…”, po prostu się dogadujecie i jest fajnie. Są też tacy ludzie, z którymi zwykła rozmowa przywodzi na myśl zjeżdżanie dupą po nieheblowanej desce. Zupełny brak chemii i porozumienia. Zgubne jest też czasem poczucie, że dyskusja to jakiś rodzaj konfrontacji, z którego wychodzi się tylko jako wygrany lub przegrany. Czasem warto pomyśleć o tym, że dyskusja to świetna okazja na poszerzenie horyzontów i wymianę opinii. Długo się tego uczyłam i nadal czasem mam ochotę komuś przylutować, kiedy próbuje mnie nawracać na swoje racje. Ostatecznie zwykle macham na to ręką.

4. Nie warto popadać w egotyzm. Ludzie i tak prędzej będą cię potępiać niż podziwiać.
Czasami zachowuję się jak wariatka, jak każdy, a przynajmniej jak większość. Jakiś czas temu zauważyłam, że bez względu na skalę i szkodliwość tego, co wyprawiam, ludzie chętniej ganią mnie za drobne głupstwa, których się dopuściłam, zupełnie pomijając dobre i miłe rzeczy, których też od czasu do czasu dokonuję. Ludzie zawsze będą obniżać Twoją wartość. Bez względu na to, jak i czy w ogóle starasz się komukolwiek zaimponować, wiedz jedno – nie warto. Życie życiem, które jest układane pod innych, jest bez sensu. Rób swoje, nie rób nikomu krzywdy i sam dokonuj oceny swojego zachowania. Nie jesteś pępkiem świata – żyj dla siebie, ale i daj żyć.

5. Aerosmith to naprawdę kijowy zespół, ale „Dream On” to mistrzostwo świata.
Ostatnio nawet odkryłam, że rapsy też niekoniecznie są takie złe, jak myślałam. No cóż, może czasem warto przestać być hermetycznym. Trochę luzu nikomu nie zaszkodziło. No, nie licząc ludzi, którzy mają problem z nietrzymaniem moczu.

6. Naprawdę warto uczyć się na błędach innych.
Nie trzeba wpadać przy tym w paranoję, ale naprawdę wielu, wielu rzeczy można się nauczyć od innych ludzi. Nic nie jest tak wartościowe, jak ciągłe doświadczanie ludzi i słuchanie ich. Nie mówię o byciu sępem, żądnym i głodnym sensacji. Po prostu warto otworzyć się na to, co mają do powiedzenia inni, co ich wkurwia, a co ich cieszy. To potrafi być inspirujące. A wiem, co mówię, bo jako wzór egocentryzmu, bardzo ciężko przestawiam się na tryb słuchania innych. Więc cóż, jeśli ja mówię, że warto, to raczej na pewno warto. 


I to by było na tyle. Czy coś wyciągnęłam z tej nauki? I tak, i nie. Jestem bardzo krnąbrną uczennicą, ale uważam, że już sama świadomość pewnych spraw wpływa na to, jak odbieram rzeczywistość, i jak się w niej odnajduję. Czy coś. 

piątek, 18 listopada 2016

Załóżmy sobie hodowlę dzieci!

(Jak głupi i surrealistyczny nie wydawałby się tytuł tego posta w oczach osoby, która go właśnie czyta, muszę uprzedzić - nie jest tak głupi, jak się wydaje.)

Mam 21 lat i nie wierzę w idylle ani bajki. Nie wierzę w to, że są na świecie miejsca idealne, gdzie niepodzielnie panuje dobro. Nie wierzę w idealne okoliczności i sytuacje. Wierzę, że życie doświadcza wszystkich – mniej lub bardziej, ale lubię też myśleć, że zawsze dostajemy od życia nie więcej niż potrafimy unieść.

Mam jednak wrażenie, że przychodzi w życiu człowieka taki czas, kiedy można odczuć, jak dorosłość uderza nas w twarz. Ten moment to konfrontacja wyobrażeń z oczekiwaniami. Dla mnie był to czas, kiedy odkryłam, że świat dorosłych nie jest światem idealnym; że mądrość nie przychodzi z wiekiem, a dojrzałość nie jest efektem przekroczenia magicznej granicy między dzieciństwem a dorosłością. 

Na fali (nie do końca) ostatnich wydarzeń, czyli „czarnego protestu”, który ogarnął niemal cały kraj, nachodzi mnie pewna refleksja. Popieram ideę „czarnego protestu”, choć jestem w stanie zrozumieć tych, którzy stoją po stronie pro-life. Wszystkimi rządzi empatia i walka o życie. To niesamowite i piękne, choć tylko na pierwszy rzut oka, bo bez względu na to, po której stronie stawiam siebie, nurtuje mnie kwestia, która powinna być istotna w tym konflikcie, a która uparcie jest pomijana. Po obu stronach barykady przewija się temat walki o rodzinę. I – zasadniczo – mam wrażenie, że poniekąd jest to commune bonum dla obu stron konfliktu. Co więc jest nie tak?

Rodzina, jako podstawowa jednostka społeczna, jest kamieniem węgielnym w budowaniu społeczeństwa. Socjalizacja pierwotna, która ma miejsce w domu rodzinnym, kształtuje w nas przyszłych dorosłych. Proste jak budowa cepa, wiemy o tym wszyscy. Przechodzimy atmosferą domu rodzinnego, często powielając wybory czy zwyczaje domowników. Naszych rodzin nie stanowią ludzie idealni. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy; czasem dokonujemy złych wyborów i nie zawsze potrafimy sobie z tym poradzić. To wciąż normalne i ludzkie, choć nie zawsze bezpieczne.

Obsesyjna wręcz obserwacja ludzi doprowadziła mnie jednak do wniosku, że zdecydowana większość dorosłych, często także tych bliskich mi, nie powinna mieć dzieci. Nie twierdzę, że w ogóle. Przynajmniej nie w momencie, w którym to na nich spadło. Niewielu ludzi dojrzało do rodzicielstwa od razu i, być może, niewielu dojrzewa w ogóle.

Dlatego podziwiam i cenię sobie ludzi, którzy otwarcie przyznają, że nie chcą mieć dzieci lub zwyczajnie nie są gotowi na rodzicielstwo. Z braku chęci nie może wyniknąć nic dobrego, a presja społeczna wcale nie ułatwia wyboru. Sekret tkwi w świadomości, że nie wszyscy musimy mieć potomstwo i nie wszyscy musimy chcieć je mieć. W tym wypadku argumenty o samotności na starość czy o przysłowiowej „szklance wody”, której nie będzie komu nam podać w chwili słabości, są bzdurą. Nikt, kto pragnie dziecka z egoistycznych pobudek, nie będzie dobrym rodzicem. Strach prowadzi do frustracji, a rodzice-frustraci produkują kolejne pokolenia frustratów. To nie jest regułą, bo nic nią nie jest, ale w wielu przypadkach schemat się powtarza. Rozejrzyjcie się.

In vitro, które przez przeciwników tej metody jest okrzyknięte narzędziem produkcji ludzi, jest w konserwatywnym kraju zdetronizowane przez politykę prorodzinną z całym dobrodziejstwem świadczeń. Politycy zachęcają nas do zakładania rodzin i masowej produkcji dzieci, a państwowe pieniądze działają jak marchewka na kiju. Wielu z nas żartuje sobie, że rzuci studia i zajmie się „robieniem dzieci”. Ale kiedy żart staje się rzeczywistością, przestaje być śmiesznie.

Nie chcę indoktrynować, nie chcę zarażać nikogo antynatalizmem, bo wokół mnie jest wielu ludzi, którzy – świadomie lub mniej – pięknie odnaleźli się w roli rodziców.  Bo zasadą świadomego rodzicielstwa nie musi być świetny plan na teraz i na później – czasami w rolach matek najpiękniej odnajdują się młode dziewczyny, na które to spadło zupełnie niespodziewanie i, no cóż, niechcący – a najbardziej w roli rodziców dają dupy ci, którzy mieli wspaniałe wizje bycia rodzicami. Życie potrafi być piękne w swojej nieprzewidywalności.

Życiu jednak, jak przychylne by nie było dla nas, czasem trzeba pomóc. Taką pomocą mogłaby być edukacja seksualna w szkołach, ale i tak bardzo potrzebne merytoryczne przygotowanie ludzi, którzy w przyszłości mogą zostać rodzicami, czego ustawodawcy zdają się nie zauważać. Wielu z nas przygotowują do tego okoliczności, nad którymi nie mamy kontroli. Nikt nie zachęca nas, byśmy zastanowili się, czy stać nas, jako ludzi, na to by poświęcić się rodzicielstwu. Jesteśmy pod presją posiadania dzieci, bez refleksji nad tym, jakimi rodzicami powinniśmy być. Wielu z nas wspaniale wychowa dzieci, ale i wielu z nas to spieprzy.

Dlaczego o tym piszę i dlaczego tak mnie to boli? Bo widzę pewną okrutną rzecz w tym, co się teraz dzieje. Obecna sejmowa większość żeruje na obywatelach, proponując im kolejne świetne ustawy, zgodne z prowadzoną przez siebie polityką prorodzinną, próbując uzależnić ludzi od swojej władzy. Nie chodzi o dobro waszych dzieci, o dobrobyt i polepszenie czyichkolwiek warunków bytowych – chodzi o to, żeby pomachać ludziom marchewką na kiju. Program 500+ jest jak poskrom na społeczeństwo – w rękach hycla, jakim jest obecny rząd; hycla, który z uśmiechem podaje nam kiełbasę nafaszerowaną szkłem i opiłkami.