piątek, 7 września 2018

Dystans! Albo wszyscy zginiemy!


Naprawdę lubię chodzić na karaoke. To dosyć dziwne hobby, zwłaszcza że mój zupełny brak talentu wokalnego był jedną z wielu frustracji wieku dziewczęcego. Kiedy większość moich koleżanek śpiewała przynajmniej w miarę nieźle, ja nadal wydawałam z siebie stękająco-wyjące dźwięki. To nie przeszkadzało mi w wyśpiewywaniu z zaciszu domowym całego twórczego dobytku Maryli Rodowicz i Beaty Kozidrak razem wziętych. I choć pogodziłam się z moim brakiem talentu, to moja sympatia do muzyki pozostała. Jednak zupełnie nie dlatego tak bardzo lubię chodzić na karaoke. Najbardziej lubię w tym wszystkim to, że nieważne, jak i co śpiewasz – zawsze dostaniesz oklaski na koniec.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby to funkcjonowało w życiu codziennym, to świat byłby idealny. Wyobraź sobie wszystkie swoje obawy i lęki. Nieważne, czy boisz się odrzucenia czy upadku na ryj na prostej drodze. Pomyśl o tym, że potem wstajesz i wszyscy klaszczą. Wygłupiasz się, ale to nie jest ważne. Ważne, że podejmujesz próbę, że się podnosisz. Nawet jeśli masz złamane serce albo zdarte kolano – brawa za próbę. Tłum wiwatuje i uśmiecha się, a ty jesteś bohaterem, mimo śmieszności. No zajebiście!

Ale tak naprawdę wcale nie planowałam pisać o moich niespełnionych aspiracjach, tylko o prostych mądrościach podłapanych od mniej lub bardziej znajomych mi ludzi w różnych dziwnych okolicznościach, które uczą mnie dystansu. Życie daje super szkołę. Ludzie w klubach z karaoke nauczyli mnie tego, że moja ocena człowieka nie ma znaczenia. Nie powinno mieć dla mnie znaczenia też to, jak jestem oceniana. Jasne – to, jak jesteśmy widziani, jest w pewien sposób ważne, ale strach przed zażenowaniem nie może nas blokować, bo dopóki nie robimy nikomu krzywdy, jest dobrze. Żenadometr może przekroczyć skalę, ale dopóki nie ryzykujesz, nie masz szans na brawa. Może po prostu wystarczy zacząć mieć więcej wyrozumiałości dla innych – no i najważniejsze – dla siebie.

Mam taką fajną koleżankę, która kiedyś wytłumaczyła mi pewien schemat, który zakłada, że życie jest jak witraż. Wiadomo, jak wygląda witraż: mamy obrazek, który składa się z dziesiątek, setek lub tysięcy szkiełek. No i ten obrazek to jest życie, a szkiełka to rodzina, hobby, praca, przyjaciele, związki i masa innych rzeczy. Im więcej szkiełek w witrażu, tym lepiej, bo jeśli z jakiejś przyczyny jedno szkiełko zostanie wybite, to nadal ten obrazek jakoś się trzyma, opierając się na reszcie. Jeśli całe twoje życie to, dajmy na to, związek, to po wybiciu masz smutną, pustą ramkę. To jest tak kurewsko prosty schemat, że aż mnie zaskakuje, że tak trudny do zrealizowania.

Piszę bardzo oczywiste rzeczy dla większości, jeśli nie dla wszystkich ludzi i totalnie zdaję sobie z tego sprawę. Z drugiej strony to, co wydaje mi się w tym wszystkim ważne, to fakt, że sama wiedza to niewiele. Do momentu, kiedy nie zaczynasz praktykować myślenia o tym, to nic nie wniesie do twojego życia. I to nie jest wcale łatwe. Sama miałam ostatnio sytuację, kiedy upadłam na twarz na oczach sporej grupy ludzi. Byłam trzeźwa, co nie ułatwiało niczego. W takiej sytuacji powinnam, leżąc na ryju, pomyśleć o tym, że przecież życie to klub z karaoke i nieważne, że upadłam w najbardziej kretyński sposób, ale przecież zaraz wstanę i wszyscy będą klaskać. No właśnie nie, bo i tak uderzyła mnie fala zażenowania samą sobą. Ale to był moment, po którym otrzepałam kolana, poprawiłam rzęsy i wróciłam do życia. Przynajmniej mentalnie, bo kolano i łokieć nakurwiały niesamowicie jeszcze przez kilka dni.

Strach przed zażenowaniem albo wygłupieniem się blokuje nas wszystkich w jakiś sposób i nie wierzę, że czyta to ktoś, kto ma totalny dystans do rzeczywistości. W domu i w szkole nauczono nas życia swoim życiem, ale dla innych ludzi. Do tego dochodzi fakt, że jesteśmy społeczeństwem do szpiku cynicznym. Wszystko robimy ironicznie. Słuchamy Krzysztofa Krawczyka ironicznie i ironicznie oglądamy "Trudne sprawy" – nie wykazujemy przywiązania do niczego, bo przywiązanie obnaża wrażliwość, a wrażliwość jest dla słabych. A wiem, co mówię, bo jestem nadwrażliwa i będąc w Szkocji, płakałam, oglądając góry, bo takie ładne były i przez długie miesiące wolałam wmawiać sobie, że to hormony mi to zrobiły niż przyznać, że to zwykły ludzki zachwyt.

Kiedyś ktoś powiedział mi, że przegrywa ten, któremu zależy bardziej. I kilka lat temu byłabym w stanie się z tym zgodzić, ale później dotarło do mnie, że to nie do końca tak. Im bardziej ci zależy i im więcej serca wkładasz w to, co robisz i w ludzi, na których ci zależy, tym mocniej boli porażka. Im szybciej biegniesz, tym mocniej upadasz i tym mocniej boli. Wrażliwcy mają trudniej o tyle, że wszystko traktują bardzo serio i angażują się w całości. Dlatego często przywdziewają (jest w ogóle takie słowo?) płaszcz cynika i nabierają dystansu. Pozornie. Bo dobry dystans, o którym pisałam wyżej wynika ze świadomości czerpania z porażki, a dystans cynika to nic innego jak iluzja nieprzejmowania się i bycia ponad. 

Wrażliwość i zaangażowanie, jeśli je rozłożyć na wszystkie szkiełka, są super. Wkładasz w coś ogrom energii, szkiełko pęka, ale nadal masz jeszcze dziesiątki innych, na których możesz się skupić. Fantastycznie. Możesz być dziesięcioletnią mną i myśleć, że twoim szkiełkiem jest kariera muzyczna, a później szkiełko pęka, bo zwyczajnie nie umiesz śpiewać. Wszystkie próby, które nie doprowadziły mnie do niczego, wydają się śmieszne i żenujące. Każda piosenka wyśpiewana do butelki antyperspirantu wydaje się żenująca. Ale na moim witrażu jest też szkiełko z adresem bloga, którego właśnie czytasz; w którego wkładam sporo energii, bo nie spałam od dwóch dni. I okazuje się, że choć wiele prób kończy się fiaskiem, to są też takie, które mają jakikolwiek sens, skoro komuś chciało się kliknąć w link i doczytać do końca.



piątek, 17 sierpnia 2018

Świat, w którym kobieta


Mam nienajgorsze życie. Nie jest jakoś super fajne, ale nie mam raczej na co narzekać. Wyrosłam z odczuwania wielu negatywnych emocji. Staram się myśleć o ludziach dobrze albo w ogóle, co przy moim ciężkim charakterze choleryczki i awanturniczki nie jest wcale takie łatwe. Nie zawsze wychodzi. Pamiętam siebie sprzed sześciu, siedmiu, ośmiu lat i chociaż bardzo chciałabym mieć w sobie ten żar i pasję z tego okresu, to na pewno nie wróciłabym do negatywnych emocji, które wtedy mną miotały. Głupia odwaga, która uderzała do głowy jak bardzo tanie wino, na szczęście nigdy nie odbiła się czkawką. Wydawało mi się, że jestem w kontrze do całego świata, który może mi skoczyć. Że całe zło jest poza mną i mnie nie dotyczy. Pochodzę z małego miasta, gdzie gwałty i rozboje nie są częste, bo też warunki są niesprzyjające. Po zapadnięciu zmroku kończy się życie nocne, a wszyscy mieszkańcy chrapią unisono.

Od czterech lat żyję w nieco innej rzeczywistości. Zmieniło się otoczenie, bo chociaż Kraków nie jest wielkim miastem, to przez wzgląd na zaludnienie (przeludnienie, kurvva), zdaje się być ogromny. W ciągu tych czterech lat trzy razy natknęłam się na onanistów-ekshibicjonistów. Za każdym razem w biały dzień. Za każdym razem było to doświadczenie tyle obrzydliwe, co wstydliwe. I choć żaden w zasadzie nie zrobił mi realnej krzywdy, to nadal czuję dyskomfort, kiedy o tym myślę. Kraków to miasto pełne ludzi, a w tłumie nietrudno o odszczepieńców. Chociaż być może uogólniam, bo jestem tylko dziewczyną z małego miasteczka i dla kogoś innego to norma. Być może.

Moja dobra znajoma mówi, że my, dwudziestolatkowie, mamy kody na nieśmiertelność i bardzo chciałabym w to wierzyć. Mam 23 lata, więc przede mną jeszcze sporo fajnych, dziwnych, a może nawet popieprzonych lat. Jeśli założyć, że nic złego się nie stanie, że nikt nie zrobi mi krzywdy, że nie dojdzie do żadnego wypadku, który pozbawi mnie zdrowia lub życia. Kiedyś uznawałam swoją świetlaną przyszłość za coś pewnego, teraz miewam sporo wątpliwości, kiedy rozglądam się wokół. Świat nie jest dobrym miejscem, jeśli jest się młodym, jeśli jest się kobietą i jeśli chce się żyć. Ilekroć trafiam w sieci na informacje o tym, że jakaś młoda dziewczyna została skrzywdzona, porwana, zabita lub zgwałcona, omiatam wzrokiem komentarze ludzi, którzy piszą, że przecież sama to na siebie ściągnęła, bo jakim prawem szła sama wieczorem do domu; jakim prawem założyła spódnicę i umalowała się nieco mocniej niż zwykle. Jakim prawem miała czelność być młodą, ładną, towarzyską?

Jestem uparta, jeśli chodzi o moją niezależność i samodzielność. Pozwalam się odprowadzić do domu, ale zawsze podkreślam, że nie ma potrzeby, bo poradzę sobie sama. Trafiam na równie uparte typy, co ja i być może całe w tym szczęście. Bo kiedy miałam czternaście lat bałam się kosmitów i duchów, ale na szczęście przez te dziesięć lat nie porwał mnie żaden statek UFO ani nie nawiedził żaden duch. Teraz boję się ludzi i tego, że w ciemnej uliczce ktoś może złapać mnie za włosy i wpakować do busa jadącego cholera wie gdzie. Czy moje lęki są bezzasadne i czy jestem w nich osamotniona? Nie wiem, ale często trafiam na różnych grupach na fejsbuku na pytania od dziewczyn o to, gdzie i czy w ogóle mogą podróżować same, bo obawiają się zaczepek ze strony obcych mężczyzn. Te pytania skądś muszą się brać.

Kilka dni temu umówiłam się ze znajomymi na piwo w centrum, po którym wracałam do siebie nocnym autobusem na przystanek oddalony o niecały kilometr od mojego mieszkania. Nie wiem, czy byłam zbyt trzeźwa, by być odważna, czy mam jakąś pieprzoną manię prześladowczą, ale omal nie narobiłam pod siebie ze strachu. Każdy szmer, każda męska sylwetka na horyzoncie i każdy samochód przyprawiały mnie o ciarki. Szłam szybkim marszem, a w głowie migały mi nagłówki artykułów o zdarzeniach, które wydarzyły się w takich okolicznościach, w jakich akurat się znajdowałam. Do domu dotarłam pędem Korzeniowskiego, a po zamknięciu drzwi obiecałam sobie, że następnym razem zamówię ubera. Wliczam to doświadczenie w koszt bycia głupio odważną.

W wielu miastach przewoźnicy decydują się na wprowadzenie przedziałów tylko dla kobiet w metrze lub pociągach, ale to w żaden sposób nie zmienia skali problemu. Podróż metrem to kilka, kilkanaście minut z dwudziestu czterech godzin. O ile podczas takiej podróży nikt nie poklepie żadnej kobiety po tyłku, to po wyjściu z wagonu ktoś inny może wciągnąć ją w pobliskie krzaki. Nie zakładam też, że wszyscy mężczyźni to potencjalni oprawcy, ale wszystkie kobiety są potencjalnymi ofiarami. Bo jeśli znalazł się nastolatek, który zgwałcił staruszkę modlącą się w kościele, to nie sądzę, by w tym przypadku argumenty o jej nieprzyzwoitym zachowaniu czy niestosownym ubiorze znalazły miejsce. Możemy mydlić sobie oczy nadal i żartować z takich zdarzeń albo szukać winnych we wszystkich poza tymi, którzy zawinili, ale to od dziesięcioleci nie doprowadza nas do niczego. 

Dziś zaczęłam o tym myśleć i zastanawiać się, czy moi koledzy też mają takie myśli. Czy im też zdarza się bać? Niewiele słyszy się o przemocy seksualnej wobec mężczyzn, o ich porywaniu czy wykorzystywaniu. Nie umniejszam mężczyznom, bo przez znikomą ilość przypadków, często są odosobnieni w swoich doświadczeniach i przez to w walce o sprawiedliwość, bo jak baba bije chłopa, to nie ona jest durna, tylko on – tak przynajmniej myśli spora część społeczeństwa. Niemniej – skala przemocy wobec kobiet jest zatrważająca i paraliżująca. Masłowska w jednym z wywiadów powiedziała, że o kobietach mówi się jak o mięsie. I często bywamy mięsem, nawet armatnim, nawiązując do Czarnego Protestu. Dlaczego tak jest? Skoro żyjemy w czasach, gdzie każde pierdnięcie jest śledzone w sieci, to dlaczego mamy skrzętnie chować nasze ciała i najlepiej nie wystawiać nosa za próg domu wieczorami? Czy to my powinnyśmy uważać na świat, czy to świat powinien się zmienić w jakiś sposób?

poniedziałek, 21 maja 2018

A kiedy ktoś cię poprosi do tańca, to nie odmawiaj, bo to brzydko!



Lubię myśleć, że doświadczam w życiu prawdziwego luksusu, jakim jest spotykanie na swojej drodze odpowiednich ludzi. Nie ze wszystkimi mogę się polubić. Ze zdecydowaną większością nie łapię chemii towarzyskiej, część mnie zwyczajnie drażni, ale to nie zmienia faktu, że od każdego zabieram coś, co ma mniejszy lub większy wpływ na mnie. Ludzie potrafią być fajni. A już w ogóle najbardziej na świecie wzrusza mnie, kiedy potrafią być bezinteresownie zaangażowani w pomoc innym albo zwyczajnie, tak po ludzku dobrzy. 

Trochę ostatnio gadam z dziewczynami. Nie są to pseudointeligenckie wielogodzinne dysputy, które prowokują oświecone wypowiedzi i błyskotliwe refleksje. Nie siadamy nad winem, nie odtwarzamy scen z "Seksu w wielkim mieście" ubrane w sukienki nadmiernie obcisłe i ciut przykrótkie, by były wygodne, a stłumione światło lamp nie ślizga się po naszych idealnie wydepilowanych nogach. To bardziej takie moje spontaniczne gromadzenie reakcji na różne zdarzenia – kolekcjonuję je jako przyjemne olśnienia. I wiecie co? Ja naprawdę kocham kobiety. Ale równie mocno, co je kocham, jestem na nie wkurwiona. Bo parafrazując klasyka – kobiety kobietom zgotowały ten los.

Wkurza mnie, że całe to nasze wyzwolenie, emancypacja i solidarność jajników zawsze muszą mieć jakieś granice. Strasznie podobają się nam te wszystkie ruchy z ciałopozytywnością w nazwie. Wkurza mnie, że podziwiam kobiety, które pokazują zdjęcia nieogolonych części swojego ciała, ale sama w życiu nie posunęłabym się do takiej śmiałości. Nie ośmieliłabym się "zaniedbać", bo to przecież nie wypada. Faceci nie lubią zapuszczonych dziewczyn, a dziewczyny lubią podobać się facetom. Żeby tego było mało, Internet nie ułatwia: "Dziewięć fryzur, które podobają się facetom", "Typy kobiet, które podobają się facetom", "Trzy trendy na lato, które na pewno spodobają się facetom". Skóra mi cierpnie na całym ciele i jest mi niedobrze. Już nawet nie dlatego, że według autorek tych bredni na starość pożrą mnie koty, ale dlatego, że to kobiety kobietom to robią.

Nie lubię siebie za to, że naprawdę widzę coś super w tych wszystkich ruchach na rzecz akceptacji swojego ciała. Cieszę się, że jest tyle kobiet, które pokazują, że nie ma niczego złego w fałdkach na brzuchu, w asymetrii ciała, w owłosieniu, w zmarszczkach. Uwielbiam swoje rozstępy na pośladkach – są naprawdę bardzo ładne, ale uwielbiam też moje sztuczne rzęsy i paznokcie. Bogu dziękuję za staniki push-up i wielkie jak spadochrony majtki wyszczuplające, ale coraz częściej traktuję je jako opcję, a nie konieczność. Bo ja naprawdę lubię te wszystkie gadżety – gdybym była facetem, pewnie byłabym transseksualna. Ciągle jednak uczę się tego, że to tylko przedmioty, które ostatecznie nie mają wpływu na to, jaką kobietą jestem.

Albo z innej beczki: ostatnio znajomy pyta, czy się z kimś teraz spotykam. Mówię, że nie. On kwituje, że faceci teraz to pizdy* i pewnie są ślepi. Po jakimś czasie dotarło do mnie, że w zamyśle autora to miał być komplement. Przymykam oko, ale nadal nie widzę w tych słowach niczego przyjemnego. Widzę w nich stereotyp, który zakłada, że każda samotna dziewczyna jest niechciana, że wybór należy do mężczyzny, a ja się mogę najwyżej prężyć na półce w tym markecie zwanym "Życie" i czekać na kogoś, kto mnie łaskawie weźmie do koszyczka zwanego "Relacja". Jestem bardzo młoda, ale ta sytuacja lawiną ściąga na mnie wiele wspomnień. "A jeśli ktoś cię poprosi do tańca, to nie odmawiaj, bo to brzydko!" - dźwięczą mi w uszach zasłyszane kiedyś słowa mojej mamy, a za nimi kolejne sytuacje – jak chociażby ta, kiedy koleżanka nie potrafi powiedzieć chłopakowi "nie", bo nie chce wyjść na złą i niewdzięczną.

Nie jesteśmy łaskawe ani w ocenie samych siebie, ani w ocenie innych dziewczyn. Ta z bogatym doświadczeniem seksualnym to zwykła kurwa, ta z mniejszym to pospolita cnotka. Nie możemy być ładne i mądre jednocześnie. Ta ze sztucznymi rzęsami musi być osiedlową loszką (to o mnie, hehe), a ta bez makijażu to pewnie nudna pipa bez życia towarzyskiego. Dojrzałe kobiety nie lubią młodych, bo mają tę ulotną świeżość. Młode nie lubią dojrzałych, bo są widmem tego, co je czeka po utracie młodości. Nasze dupy są zawsze albo za małe, albo za duże; włosy za krótkie, zbyt kręcone. Makijaż mógłby być mniej lub bardziej intensywny. Jak nam nie wstyd ubrać się tak, że widać nam bieliznę, a wałki tłuszczu odznaczają się pod obcisłym ubraniem? Wciąż dbamy o siebie za bardzo lub za mało. To się nigdy nie kończy. Czy w ogóle warto?

A teraz Ty, osobo, która to właśnie czytasz.
Bez względu na płeć, na kolor i krój majtek.
Spójrz na siebie.
Gdzieś tam jest ktoś, kto totalnie nie widzi tych wszystkich rzeczy, których w sobie nie lubisz i kocha Cię mimo wszystko.
TYLKO GO W SOBIE OBUDŹ!





*bardzo mnie bawią te wszystkie niemiłe określenia, które odnoszą się do narządów kobiecych; dla mnie to żadna obraza, bo nie przyjmuję nawiązań do rzekomej "słabości" kobiet - proszę sobie dla równowagi wyobrazić krwiożerczą waginę, taką "pizdą" każdy chciałby być! 

sobota, 2 grudnia 2017

Okres! Uwaga! Ratunku! Pomocy!

Gdybym dostawała dychę za każdym razem, kiedy ktoś na moje gorsze dni reaguje pytaniem o to, czy mam okres, to może nadal nie jeździłabym Porsche, ale mogłabym sobie spokojnie pozwolić na Matiza. Gdybym dostawała kolejną dychę za każdym razem, kiedy czuję paraliżujące zażenowanie, gdy ktoś zauważa podpaski przebijające się przez zwały syfu i innych skarbów w mojej torebce, to pewnie mój Matiz byłby tak stuningowany, że do setki rozpędzałby się w mgnieniu oka. I kiedyś pewnie nawet bym żałowała tego, że nie wzbogacam się w tak łatwy (choć nieprzyjemny) sposób, ale teraz z herbem Podpaska na tarczy mam zamiar walczyć o to, żeby żadna z nas nie czuła się zażenowana tym, co jest do bólu (sic!) normalne.


Jeśli miewam gorszy humor, a wiadomo, że miewam, to tylko dlatego, że mam taki, a nie inny charakter i naprawdę rzadko ma to jakikolwiek związek z moim cyklem. Grupa kobiet, u których zespół napięcia przedmiesiączkowego ma znaczny wpływ na zachowanie, jest niewielka. Nieco bardziej liczna jest grupa kobiet, u których w grę wchodzi autosugestia i nakręcanie się na zły humor przed lub w trakcie miesiączki. Reszta, wiadomo, nie jest szczególnie szczęśliwa, ale kto byłby ze świadomością tego, że kanalizacja mu przecieka i komfort codziennego funkcjonowania jest zaburzony, bo...

Bo, no właśnie, to wcale nie wygląda jak na reklamach, że ładna pani w białych spodniach zakłada tę czy tamtą podpaskę lub tampon i nagle może fruwać, latać, cuda wyrabiać. Dziwny, syntetyczny niebieski płyn z jej pochwy zostaje magicznie zaabsorbowany przez super chłonną rzecz i, uwaga, pani z reklamy zostaje uwolniona z okowów okresu, i może robić takie szalone i spontaniczne rzeczy, jak przymiarki ubrań w sklepach odzieżowych, których, jak sugeruje reklama, mając okres, nie powinna robić. A przecież okres to nie opętanie ani choroba psychiczna, która trzyma nas w odizolowaniu. Okej, umówmy się, że przechodzenie miesiączki nie jest fajne ani przyjemne. Brzuch boli, plecy bolą, wszystko boli. Do tego te obrzydliwe podpaski i krew, no właśnie...

Krew! Jakiś czas temu producent podpasek Bodyform wypuścił reklamę, w której po raz pierwszy w historii widzimy czerwony płyn, który budzi jasne skojarzenia z krwią. Klip wieńczy nadzwyczaj trafna puenta "Okres jest czymś normalnym. Pokazywanie go również powinno". Internet zawrzał. No tak, jeśli pokazujemy krew w reklamie podpasek, to może jeszcze pokażmy kupę w reklamie pieluch! Nie żeby na połowie filmów o tematyce wojennej czy innych szmir w typie kina akcji ekrany nie spływały "krwią" – no właśnie, krwią, a nie niebieską mazią. Czy tylko ja zauważam, że jedyną różnicą jest fakt, że krew na filmach tryska z ran, a ta w reklamie wycieka sobie spokojnie z pochwy?

Czyli co, wychodzi na to, że problemem jest pochwa? No, halo – wszyscyśmy tę drogę przebyli, przedzierając się na ten świat. Niektórzy nawet, co leży w ich naturze, pałają wrodzonym zamiłowaniem do jej zwiedzania (puszczam do Was oko, Panowie!). Skąd więc ten strach? Skąd to obrzydzenie, które wprawia nas w niechęć do własnego ciała w te dni*? 

Próbuję pytać sama siebie. Bo, choć jestem dosyć bezpruderyjna jeśli chodzi o mówienie o miesiączce, to nadal zdarzają się sytuacje, kiedy mam ochotę zapaść się pod ziemię. Na przykład wtedy, kiedy konsultuję z promotorem mój projekt dyplomowy, który dotyczy tabu, jakim jest miesiączka. I choć bardzo go szanuję, to ilekroć słyszę, jak szuka synonimów dla słów podpaska czy tampon, nazywając je "tymi rzeczami" (Rzeczy, których nazwy nie można wymawiać!, hehe), to krew mnie zalewa (tym razem w przenośni). Bo dlaczego dorosły facet, który jest mężem i ojcem, tak bardzo boi się tego tematu? 

Bo wychodzi na to, że kobiece narządy rozrodcze są w naszym społeczeństwie napiętnowane. Bo, rzeczywiście, ilekroć przypominam sobie z dzieciństwa (czyli z wczoraj), jak dorośli w mojej rodzinie czy otoczeniu rozmawiali o problemach zdrowotnych związanych z kobiecą fizjologią, tylekroć padało enigmatyczne hasło "kobiece sprawy". Tak, jakby rak piersi, torbiele na jajnikach czy PCOS to były przejawy jakiejś strasznej klątwy albo kary, tajemniczo nazywanej "kobiecymi sprawami". Dla przeciwwagi - nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek w moim otoczeniu tabuizował coś takiego jak chociażby problemy z prostatą.

Dlaczego piszę to wszystko? - bo uważam, że to zabawne, ale tylko do momentu, kiedy jest niegroźne. Stygmatyzowanie pewnych procesów biologicznych uwłacza ludziom cywilizowanym. Bo okres, choć nie jest niczym przyjemnym, jest czymś w stu procentach naturalnym, jak inne procesy, które zachodzą w naszym organizmie i musimy się z tym pogodzić. Bo choć mogłabym oddać wszystkie Matizy świata, żeby nie mieć okresu, to natury nie oszukam i muszę żyć z tym, czym zostałam obdarzona. Chciałabym jednak - a myślę, że to nie jest wiele - czuć, że natura stworzyła mnie inną niż połowa populacji, ale nie do końca gorszą.


*"te dni" to mój ulubiony wygibas językowy, jeśli chodzi o reklamy podpasek - jak gdyby narrator nie mógł użyć w reklamie słowa okres czy miesiączka 

piątek, 16 czerwca 2017

5 przykładów na to, że wszyscy trochę jesteśmy idiotami


Pewnie powinnam zacząć od tego, że nie mam zamiaru nikogo obrazić, a tekst ma charakter satyryczny (tu dodaję taktyczne "hehe", żeby nie było) i nie twierdzę, że mam rację. Albo inaczej - w tym przypadku bardzo chciałabym nie mieć racji. Do pisania zabierałam się długo, bo piszę nie tylko na podstawie obserwacji, ale i własnych doświadczeń, a to jest zawsze trochę jak publiczne ściąganie majtek. A wiadomo jak jest ze ściąganiem majtek - ktoś zaklaszcze z radością, a inny ktoś z oburzeniem będzie dzwonił po bagiety. Niemniej, jak śpiewał klasyk, "życie to są chwile, chwile", więc tym razem zaryzykuję i przed tymi kilkoma osobami, które tu wejdą, opuszczę moje koronkowe spadochrony w dół. 

1. Nie mamy czterech lat. Wiemy, że żaba całowana nawet tysiąc razy nie zamieni się w księcia. Dlaczego więc ulegamy iluzji i wierzymy, że ludzie się zmieniają? Jeśli czujemy, że komuś na nas nie zależy, że nie jest w porządku w stosunku do nas, to dlaczego ufamy, że to się zmieni? Życie jest za krótkie na słabe jedzenie i toksycznych facetów*, nawet jeśli w grę wchodzi typ relacji inny niż damsko-męska. Głowa w górę, cyc do przodu i być może to pora na detoks.

2. Dlaczego czasem wolimy żyć dla innych ludzi niż dla siebie? Do pewnego wieku obsesyjnie bałam się tego, że ktoś pomyśli o mnie źle, że ktoś uzna, że jestem za brzydka, za głupia albo cokolwiek, co mnie ogromnie blokowało. Później uruchomił się we mnie socjopata-masochista, blokada opadła, a ja wszystko robiłam światu na przekór, bo wydawało mi się, że nawet jeśli ludzie myślą o mnie źle, to przynajmniej dzieje się to pod moją kontrolą. Byłam głupia w obu przypadkach. Teraz staram się o tym nie myśleć. Kimkolwiek bym nie była, jaka bym nie była, zawsze znajdzie się ktoś, kto mnie weźmie bez reszty. Nikt nie jest idealny, ale wielu z nas ma wady, które w oczach innych mogą okazać się zaletami.

3. Marzy nam się życie jak z kolorowych pism i seriali. Jasne, ja też bardzo chciałabym pasać kury z Lucjanem w Grabinie, ale bardziej mam na myśli to, jak bardzo wzorce z mediów wpływają na nasze życie. W prawdziwym świecie nikt nie zapieprza po mieszkaniu w butach, nie budzi się w pełnym makijażu i nie zawsze ma perfekcyjnie ogolone nogi. Niby proste, ale ciągle i wciąż oglądając niektóre instagramy czy błądząc po fejsie, mam nieodparte wrażenie, że pasuję do świata jak kwiatek do kożucha. Mijam na ulicy tylu pięknych ludzi, ale nikt nie wygląda tak, jak w mediach społecznościowych. Te ładne obrazki są jak rak, który opanował umysły. Oglądamy je i zamiast chwilowego zachwytu, dopada nas mania porównywania, a to wszystko za sprawą tego, że...

4. ...budujemy pewność siebie na niepewnym gruncie. Czy liczba facetów, którzy interesują się dziewczyną świadczy o jej wartości? Kilka lat temu odpowiedziałabym zdecydowanie, że tak. Dziś myślę zupełnie inaczej. Przyzwyczajajmy się do tego, że ludzie przychodzą i odchodzą. Czasem niesie nas tłum, a czasem nikt na nas nie spogląda. Czy to o czymś świadczy? Tak. O tym, że zmienne są okoliczności, ale my powinniśmy pozostać tacy sami. Dobre samopoczucie, jak wszystko, co dobre w życiu, zaczyna się od nas samych. Jeśli wiemy, że jest dobrze i mamy solidne poczucie własnej wartości, to choćby skały srały, nic nie jest w stanie nas ruszyć. Warto pomyśleć o sobie w dobrym świetle, bez szukania potwierdzenia w otoczeniu. Żadna porażka zawodowa czy odrzucone zaloty, jeśli mamy solidne fundamenty w tym, jak widzimy siebie, nie są nam groźne.

5. Panicznie boimy się samotności. O tak, większość moich znajomych pytana o to, czego najbardziej boi się w życiu, odpowiada, że samotności. To o tyle zaskakujące, że mimo różnych doświadczeń, wielu z nich nie widzi, że samotnym można być też w związku czy w tłumie przyjaciół. Myślę, choć to może niezbyt mądre, że samotności trzeba się uczyć i trzeba ją cenić. Bo jeśli nie umiemy być sami ze sobą, to jakim cudem możemy chcieć być z kimś innym?

*lub kobiety ofc

poniedziałek, 6 marca 2017

Wszyscy jesteśmy brzydalami!

Jestem co najmniej prawie pewna, że nie jestem jedyną osobą, która miewa takie dni, kiedy ma się wrażenie, że widok własnej twarzy w lustrze straszy. Takie dni, kiedy ma się ochotę zadzwonić do dra Szczyta i wykrzyczeć mu do słuchawki „bierz pan skalpel, botoksy, lasery i cho no tu szybko, bo umrę od tej brzydoty zaraz!”.  Ale nie, myję twarz i nakładam pierwszą warstwę podkładu, drugą warstwę podkładu, czwartą, piątą… dopóki nie zorientuję się, że od piętnastu minut powinnam być na uczelni i nie uznam, że trudno, ups, przepadło, dziś zostaję w domu, bo się już przecież nie wyrobię, a w głębi duszy zbijam piątkę z moim wewnętrznym cwaniakiem.

Nie jestem więc odpowiednią osobą, żeby pisać teksty poświęcone kompleksom czy walce z nimi. Makijaż towarzyszy każdemu mojemu wyjściu z domu od praktycznie ośmiu lat. Na samą myśl o tym, że mogłabym wyjść z domu bez makijażu, mam dreszcze i jestem przerażona. Od makijażu uzależniam to, jak się czuję w danej sytuacji. Czuję się więc tak, jak wyglądam. Trochę śmieszne, trochę głupie, trochę straszne. Ale zdarza się, na pewno nie jestem w tym odosobniona.

Długo zbierałam się do napisania tego tekstu, a do napisania go skłoniły mnie rozmowy z koleżankami, które miały podobne doświadczenia oraz programy telewizyjne poświęcone chirurgii plastycznej, które masowo chłonęłam w ostatnim czasie. Dlaczego postanowiłam o tym napisać? Bo chciałabym przestrzec wiele osób (a może nawet samą siebie) przed głupstwem dążenia do ideału, który w prawdziwym życiu nie istnieje.

Najgorszy dla mnie czas, najmroczniejszy wręcz, to czas od końca podstawówki do połowy gimnazjum. Z anorektycznie wręcz szczupłej dziewczynki zaczęła się robić mała kobieta, a mówiąc wprost: nagle, nie wiedzieć skąd, urosła mi dupa, co okazało się wielkim szokiem dla mnie samej i żadnym zaskoczeniem dla otoczenia. Dojrzewanie dotyczy przecież nas wszystkich, choć dla mnie okazało się uderzeniem w twarz. Przez kilkanaście lat zdążyłam się przyzwyczaić do swojego ciała, a tu nagle szok! Niedowierzanie! Co tu się odkurwia, drodzy państwo?!

Szybko zaczęłam sobie szukać kolejnych mankamentów, które spędzały mi sen z powiek i napełniały agresją do całego świata. Nie lubiłam budowy swojego ciała, struktury i koloru włosów, typu urody i nosa – tego zwłaszcza! Gdyby ktoś wtedy zaproponował mi korekcję nosa, skakałabym z radości. Dziś stałabym z zażenowaną miną i pukała się w czoło. Nie dlatego, że coś nagle mi się przestawiło w głowie i uznałam, że mój nos jest niesamowicie zgrabny, ale dlatego, że dojrzałam do tego, żeby wiedzieć, że mój nos jest mój i nie musi się nikomu podobać, to tylko nos, wielkie nieba!  Jennifer Grey po roli w „Dirty Dancing” zdecydowała się na korekcję swojego bardzo charakterystycznego nosa i cóż, okazało się, że z pięknej, charakterystycznej kobiety zrobiła się piękna posiadaczka nosa jak wszystkie inne ładne nosy; zbyt nijaka, żeby jej zaczęto oferować kolejne znaczące role.

Ale! – ale jest też druga strona medalu, bo zawsze jest przecież jakaś druga strona, którą w tym wypadku są modelki, którym operacje nosa (czy operacje czegokolwiek) rzeczywiście ułatwiają karierę. No świetnie, wszystko prawda, ale dla tych dziewczyn ich ciało nie jest jedynie narzędziem do życia, ale też narzędziem pracy. One mają rzeszę ludzi, którzy stoją za efektem, który widzimy na zdjęciach, i do którego zupełnie bez sensu się porównujemy. Wiem doskonale, jak dużo zmienia w fotografii zamazanie kilku niedoskonałości skóry czy nawet manipulowanie temperaturą czy nasyceniem kolorów. W przypadku zdjęć ładnych pań z instagrama i magazynów modowych w grę wchodzą znacznie bardziej skomplikowane zabiegi niż wyczyszczenie buzi czy zabawa kolorami. Tutaj dzieją się rzeczy szalone: cycki puchną, dupy maleją, brzuchy się rzeźbią, a zmarszczki znikają dzięki wielu, wielu kliknięciom ludzi przed ekranami komputerów.

Nie chciałabym być w tym momencie źle zrozumiana. Nie zachęcam nikogo, żeby zarzucił jakiekolwiek próby dbania o siebie i puścił się w bieg przez życie z radosnym „i tak jestem zajebisty!” na ustach. Nie, nie jesteś zajebisty/zajebista, ale kto jest? Wszyscy posiadamy jakieś wady, widoczne bardziej lub mniej. Jeśli utrudniają nam życie, są zagrożeniem dla naszego zdrowia, warto nad nimi pracować – jeśli są jednak jedynie czymś, co odróżnia nas od reszty – po co to robić? W życiu nie chodzi o to przecież, żeby być bezkrytycznym wobec siebie, ale o to, żeby wiedzieć, że inne nie znaczy gorsze. Nie chodzi też o to, żeby pewność siebie budować na tym, czy podobamy się reszcie świata. Idź więc na siłownię, jeśli masz na to ochotę, a jeśli nie, to tego nie rób. A może batonik? Śmiało, wszystkiego nie możesz sobie odmawiać!


Atrakcyjność jest sytuacyjna, jest magiczna. Atrakcyjność to szczegóły, na które składa się całość. W wielu osobach, które mogłyby mnie sobą zainteresować, jest wiele inności. Nie wystarczy dostać w twarz ładną buzią czy smukłą sylwetką, żeby uznać kogoś za atrakcyjnego. Atrakcyjność to jest to, jak my czujemy się ze sobą – a jeśli my czujemy się ze sobą dobrze, świat czuje się dobrze z nami! 

wtorek, 7 lutego 2017

Pomyliłam się, czyli jak przestałam kochać feminizm

Świetlicki się pomylił, wyborcy PiS się pomylili, pomyliłam się i ja. I choć nie będę stawać w szranki w pojedynku o tytuł najbardziej rozczarowującej i dającej w twarz pomyłki, bo dobrze wiemy, kto byłby zwycięzcą, postanowiłam zrobić sobie drobny rachunek sumienia.
Czy kiedykolwiek nazwałam siebie feministką, mając pełną świadomość tego, czym feminizm jest – raczej nie. Od kiedy stałam się dojrzalsza i – o zgrozo! mądrzejsza – podchodzę do tego tematu ostrożniej. Lubię mówić, że feminizuję, ale nie lubię gnieździć się w jednym worku z radykalistkami ruchów feministycznych. Feminizm to ideologia, która mnie pociąga i która jest mi bliska, ale która nie jest i nie będzie nadrzędnym celem mojej aktywności.

Pomyliłam się
Pomyliłam się, kiedy myślałam, że w całym tym zamieszaniu chodzi o to, żeby kobiety mogły się realizować, żeby mogły robić to, na co mają ochotę. Żeby mogły przeskoczyć to, co mężczyźni przeskoczyli wiele, wiele lat wcześniej, czyli to, co narzuca im kultura. I owszem, zdaje się, że mogłoby o to chodzić, gdyby nie fakt, że jest tyle interpretacji tych celów, ile kobiet. Bo nie chodzi zupełnie o to, by kobiety wszczęły bunt – nie, nie będziemy rodzić, nie będziemy wychowywać dzieci ani wychodzić za mąż, nie będziemy nosić makijażu, depilować się. Nie! Nie, my będziemy to robić, ale tylko wtedy, kiedy poczujemy na to ochotę. Bo są wśród nas te, dla których największym szczęściem jest założenie rodziny i oddanie się roli matki i żony, i nie ma w tym niczego złego. W całym tym zamęcie i fali agresji ktoś zapomniał o tym, że walka też jest kobietą i nie należy jej odbierać klasy.

„Zachowujesz się jak baba!”
No pewnie. Jestem kobietą, więc jestem beznadziejnym kierowcą, nie znam się na sporcie, ale za to umiem ulepić zajebiste pierogi. Pewnie jestem obrażalska, kłótliwa, a jak mam okres, to bez kija nie podchodź. Dużo myślę o kosmetykach i jestem na bieżąco z promocjami w odzieżówkach. Potrafię konkretnie określić kolor wszystkiego, na co natrafi mój wzrok, a kiedy widzę smutny film, to płaczę jak baba. Jak baba. I nawet jeśli część z tych rzeczy jest prawdą w moim przypadku, to nie jest żadną regułą w przypadku innych kobiet. I mogłabym dać sobie spokój z pisaniem reszty tekstu, a zamiast tego wymieniać imiona i nazwiska znajomych mi dziewczyn, które totalnie nie wpisują się w ten zasrany stereotyp, ale po co? Kobieta nie musi funkcjonować jako obraz słabości i nadwrażliwości. Dlaczego najgorszą obelgą dla mężczyzny jest zasugerowanie mu, że zachowuje się jak kobieta? Czy naprawdę jest coś złego w byciu kobietą?

„Uśmiechnie się pani i wszystko się załatwi!”
Problem z realizacją jakiegoś projektu na uczelni. Pan, którego usług potrzebujemy, nie ma czasu lub ochoty na to, żeby nam pomóc. Z radą światłą i błyskotliwą przybywa prowadzący: „Uśmiechnie się pani i po sprawie!”. Banalne rozwiązanie! Koledzy, znając problemy z opornymi usługodawcami, sugerują, że my to mamy łatwiej. Owszem, mamy, bo jaki to problem uśmiechnąć się, rzęsami pomachać i włosami zarzucić, nawet jeśli nie mam ochoty kokietować wąsatego starszego pana? To drobne upodlenie, na którym niczego nie tracę, to jedynie wierzchołek góry lodowej. Ta zupełnie błaha sytuacja pokazuje coś bardzo złego, co we wschodnim społeczeństwie jest smutną normą. Kobiety Europy Wschodniej są trzydzieści lat do tyłu za kobietami Europy Zachodniej, jeśli chodzi o kwestię wynagrodzenia i dyskryminacji przez pracodawców. W jednym z wywiadów obecna liderka FEMENu  mówi o tym, że na Ukrainie nikt nie chce zatrudniać kobiet na wyższych stanowiskach. Sugeruje się im, że skupianie się na karierze nie jest rzeczą kobiet, lub - zupełnie zwyczajnie - proponuje się kobietom stanowiska za seks. Dochodzi więc do sytuacji, kiedy potencjał kobiet, lata nauki i doświadczenia są niedoceniane, a jedyne, co ma znaczenie, to ciało. Kobieta nie jest traktowana jako podmiot, a jako przedmiot, a to już najwyższy rodzaj upodlenia. Warto jednak pozytywnie spojrzeć na tę kwestię, bo przecież zawsze pozostaje nam wybór: ściągamy majtki albo wracamy do domu.

Paskudne gęby z telewizji

„Solidarność” miała Wałęsę, SCLC miała Martina Luthera Kinga, a kogo mają polskie kobiety? Annę Zawadzką, która zasłynęła z bezsensownych prowokacji czy Katarzynę Bratkowską, która sama jest bezsensowną prowokacją? Normą jest, że polska telewizja ośmiesza osoby nieheteroseksualne, kiedy wpaja prostym, szarym ludziom obraz ludzi nieheteroseksualnych jako dziwadeł i odszczepieńców. Ale kiedy widzę, że pokazuje kolejne medialne dziwadła, sugerując, że takie właśnie są polskie feministki, otwiera mi się nóż w kieszeni. Bo nie jest nowością, że powodzenie każdej rewolty, sukces każdej partii politycznej czy popularność ideologii są w ogromnym stopniu zależne od tego, kto jest ich twarzą. Jeśli twarzą polskich feministek czy nawet kobiet w ogóle staje się ktoś, kto ośmiesza kobiety, nigdy nie dojdzie do zmian. Bo feminizm w takiej postaci, w jakiej promują go media, to cyrk. Cyrk, w którym żadna z nas nie chce być gwiazdą; którego żadna z nas nawet nie chce oglądać.